sobota, 9 lutego 2013

Inez

Kara jaką dostała Maya wydała mi się trochę dziwna, ale najdziwniejsza była reakcja Izo, która niemal popłakała się ze szczęści. Rzuciła się też na szyję temu chłopkowi i zaczęła mu dziękować. Facet odsunął ją i oddalił się bez słowa, a Izo zauważyła, że razem z innymi się w nią wpatruję.
- No co? – zapytała
- Nic – westchnęłam – Wejdźcie do pokoju – poprosiłam wszystkich
Posłuchali, a jak tylko znaleźliśmy się w mojej sypialni posadziłam Izo na łóżku i nakazałam krótko:
- Mów
- Ale co? – zapytała zdziwiona
- No co to oznacza, że Maya została wykluczona z rodu? – zapytałam, sadowiąc się na kanapie z przytulonymi do mnie Mayą i Eve
- Czy to coś złego? – wtrąciła się mała, zanim Izo zdążyła się odezwać
- Nie, w tym przypadku wręcz przeciwnie – powiedziała dziewczyna cala rozpromieniona – Wykluczenie z rodu oznacza, że pakt przestaje cię obowiązywać więc możesz zostać z Eve, nie ponosząc tego konsekwencji
- Wspaniale! – zawołały chórem dziewczynki
- Ale w takim razie czemu Jack nie zrobił tego od razu tylko zaczął straszyć jakąś karą? – zapytał Blar
- Pewnie musiał tak postąpić żeby zachować autorytet – domyśliłam się
- Masz rację. Ja też myślę, że dlatego tak postąpił. Widać było, że nie ma najmniejszej ochoty karać Mayi – powiedziała Lauri
- No cóż. Ważne, że to się dobrze skończyło – podsumowałam z ulgą – A teraz… - nie dokończyłam bo usłyszałam cichy dźwięk dzwoneczka
Rozejrzałam się po pokoju i zobaczyłam Nalę leżącą na parapecie i bawiącą się kokardą z malutkim dzwoneczkiem. Wstałam z kanapy i podeszłam do niej. Kotka szybko wskoczyła mi na ręce. Wróciłam z nią na swoje dawne miejsce i zaczęłam ją głaskać. Po chwili w moje ślady poszły dziewczynki 
- Skąd to masz, co? – zapytałam kotkę
- Od Leonardo – odezwała się po chwili Eve
- Co?
- No Leo dał jej to żeby się nie nudziła – wyjaśniła
- No to trzeba mu podziękować – powiedziałam, wstając
- To my już wrócimy do siebie – powiedziała Izo i czwórka przyjaciół wyszła z mojego mieszkania.
Ja odprowadziłam dziewczynki do ich pokoju, a potem zapukałam do lokum chłopaków. Drzwi otworzył mi Leo. Wyglądał na trochę spiętego jakby spodziewał się bury.
- Cześć – przywitałam się  – Mogę wejść?
- Spoko – powiedział i przepuścił mnie w drzwiach
Kiedy weszłam zauważyłam, że Rafaell śpi. Przeszłam więc od razu do kuchni. Tam usiadłam na jednym z krzeseł z Nalą na kolanach.
- Rafaell jest zmęczony i wolałbym żebyś go nie budziła bo… - zaczął Leo, wchodząc za mną do kuchni
- Nie zamierzam – przerwałam mu – Przyszłam do ciebie
- A niby po co?
- Żeby podziękować
- Że co?! – zdumiał się chłopak
- Ciszej bo sam obudzisz swojego pana – powiedziałam z lekkim uśmiechem
- Ale za co ty mi dziękujesz? – zapytał, puszczając moją uwagę mimo uszu
- Za opiekę nad Nalą i za prezent, który jej dałeś – powiedziałam szczerze
- Ale myślałem…. – Leo urwał zmieszany
- Myślałeś, że zrobię awanturę? – zapytałam domyślnie, a chłopak kiwnął głową – Nie mam o co. Przecież nie zrobiłeś jej nic złego, a to że się z nią bawiłeś zrobiło dobrze wam obojgu
- Skąd wiesz, że…?
- Że się z nią bawiłeś? Od Mayi. A to, że dobrze na siebie działacie widać na pierwszy rzut oka – uśmiechnęłam się, wskazując kotkę, która zsunęła się tymczasem z moich kolan i łasiła mu się do nóg.

Rozalie

- Nira długo jeszcze? - pytam. Elfica już od godziny klęczy nad moimi nogami. Próbuje mnie uzdrowić.
- Już koniec - mówi i wstaje. Jest nawet zadowolona. - Próba?
Wzdycham i powoli zaczynam zbierać się z łóżka. Z pomocą Niry stanęłam. Elfica podała mi kule.
-Co najmniej pięć kroków - mówi i odchodzi kawałek. Niepewnie stawiam nogę za nogą. Sześć kroków, siedem kroków, osiem kroków. Po raz dziewiąty odrywam nogę od ziemi.
- Shit - klnę i upadam na podłogę. Jestem zła na samą siebie.
- Nic ci nie jest? - pyta Nira podchodząc do mnie. - Dlaczego płaczesz?
- Nigdy już nie będę chodzić! Nigdy! Ty niepotrzebnie marnujesz na mnie energię! - wykrzyczałam. Suvenire przytula mnie.
- Nie mów tak. Będziesz chodziła. Przysięgam - szepcze i układa mnie na wózku.
- Zawieź mnie do parku. Proszę - mówię i biorę jeszcze koc z łóżka. Nira spełnia moją prośbę po chwili jesteśmy na błoniach.
- Zostawiam cię - mówi i znika. Zamykam oczy. Wsłuchuję się w przyrodę. Śpiew ptaków, szum drzew, rżenie koni w oddali. Zaczynam nucić. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam śpiewać. Śpiewam o dzieciństwie, przyjaźni, wypadku, nieszczęśliwej miłości. O wszystkim co mi się przydażyło. Kiedy otwieram oczy na moich nogach siedzi ognisty ptak. Feniks. Jego pieśń roznosi się po całym parku.

Izozteka

"Nie, tylko nie to!" pomyślałam w duchu. Widok załamanej Eve był na prawdę przygnębiający.
-Jack, proszę... - wyszeptałam w stronę Władcy Mrozu. Chłopak wyglądający na może szesnaście lat, a w rzeczywistości żyjący już kilka stuleci westchną.
-Kara musi być.
-Ale...! - zaczeła Inez. Eve też chciała się wtrącić, lecz Jack nie im nie dał nawet się odezwać.
-Ale symboliczna - dodał czym zatkał obie dziewczyny.
Popatrzyłam na niego zdumiona. Widocznie cała ta sytuacja nie była mu na rękę, ale musiał tak postąpić. Rozumiałam go. Musi zachować swój autorytet... Ale czym może być dla niego symboliczna kara...?
Otworzyłam drzwi do pokoju i poprosiłam Mayę, Lauri i Teito by przyszli. Gdy już stali razem z nami, przemówił Jack:
-Mayu Stark, niniejszym wykluczam cię z rodu Elurra. Od dzisiaj nie możesz mianować się jedną z nich - wyrzucił z siebie szybko Jack, zanim ktoś zdołał mu przeszkodzić.
Wszystkich zamurowało. W szczególności Maya nie wiedziała co powiedzieć. No bo wcześniej nawet nie wiedziała, że należy do naszego rodu, a teraz nagle została z niego wykluczona... Spore zamieszanie się przez to narobiło.
-Ale... Ale... - próbowała coś powiedzieć. 
Nagle cała się rozpromieniłam. Już wiedziałam co to znaczy. Poprzez wykluczenie z rodu, sprawił, że pakt przestał Mayę zobowiązywać i będzie mogła zachować swój kontrakt z Eve.
-Oh, Jack! - wykrzyknęłam i rzuciłam mu się na szyję. Nie wiem kiedy, ale po policzkach popłynęły mi łzy szczęścia. Zrobiłam się zdecydowanie zbyt ckliwa. - Dziękuję.
Chłopak zaśmiał się krótko i odsuną mnie od siebie. Uśmiechnoł się dość krzywo i... odszedł. Tak po prostu sobie poszedł. Po chwili zdałam sobie że wszyscy na mnie patrzą nic nie rozumiejącym wzrokiem.
-No co? - spytałam.

Leonardo

-To ja pójdę oddać Nalę.- powiedziałem do przyjaciela, który właśnie przysypiał.
Otuliłem go kołdrą i... przypomniało mi się o maleńkim dzwoneczku, który chciałem kiedyś wcisnąć Rafaellowi. Wyszukałem go w jednej z szaf wraz z różową, aksamitną wstążką, która sam nie wiem skąd się tam znalazła. Delikatnie dowiązałem go kotce do obróżki a z reszty zrobiłem puchatą kokardę. Z każdym jej krokiem dzwonił cichutko.
Kotka zaczęła bawić się dzwoneczkiem i przeskakiwać przez poszczególnie części kokardy. Chyba jej się spodobało. Na końcu ułożyła się na niej wygodnie i zaczęła mruczeć.
-Ciekawe jakie są psy.- mruknąłem do siebie.
Zabrałem kotkę wraz z nową zabawką i wyszedłem z pokoju. Zaraz po tym jak się znalazłem na korytarzu usłyszałem czyjeś krzyki. Pech chciał, że to była właścicielka mojej nowej, mruczącej towarzyszki. Gdybym oddał jej ją teraz tak po prostu do rąk to podejrzewam, że miałbym ubaw. Ale... Rafaell prosił o kulturę z mojej strony, więc nie mogłem.
Ruszyłem więc bezszelestnie do wyjścia. Na szczęście nikt nie zauważył. Udałem się wprost pod okno Inez i za pomocą cienia drzewa otwarłem okno jej pokoju. Słychać było, że ktoś tam jest. Wsunąłem tym samym cieniem delikatnie kotkę do środka i ułożyłem na parapecie, po czym zamknąłem okno i wróciłem do siebie, nadal niezauważony.
-Jestem!- walnąłem uradowany gdy zamknąłem za sobą drzwi. Przyjaciel uniósł głowę, popatrzyła na mnie przymrużonymi oczyma i rzucił poduszką.- Oj tam oj tam.
"Gdzie byłeś?" zapytał ziewając.
-Mówiłem, że Nalę odnoszę.
"Sorki. Zapomniałem. Daj mi spać." wymigał ale po chwili jeszcze zapytał "A mam się za ciebie wstydzić?"
-Nie. Dzisiaj nie. Dałem jej taką wielką, aksamitną kokardę i dzwoneczek.
"A Inez na to?"
-Dowiemy się. Chyba miała inne problemy na korytarzu, więc wsunąłem ją cieniem drzewa przez okno, tak, żeby mnie nikt nie widział. Nala chciała na szczęście współpracować.- uśmiechnąłem się.
"Jestem z ciebie dumny." wymigał z uśmiechem.
-Ty tak...- zmieszałem się- Ale Rada nie. Według nich czując jakieś uczucia jestem już wadliwy.
"Że co?!" zdziwił się. Widziałem, że był poruszony. W sumie, to mnie to nie zaskoczyło. Nigdy nie mówiłem mu nic o Radzie. "Ale dlaczego?"
-Tak już jest. My jesteśmy po to by bez żadnych przeszkód: wytropić, rozbroić i zabić. Nie wiem jak się okazuje uczucia i nie wymagaj tego ode mnie. To nie moja działka.
"Rozumiem. Dla mnie nie jesteś wadliwy. Oni są wadliwi." uśmiechnął się.
-Zaparzę ci zioła.- powiedziałem odwzajemniając uśmiech.
Ruszyłem do kuchni zrobić obiecaną rzecz a gdy wróciłem Rafaell już spał. Nie chciałem go budzić. Postawiłem kubek na szafkę przy łóżku i zacząłem kończyć kiedyś napoczęty horror. Sam nie wiem kiedy nad nim zasnąłem. Obudziło mnie pukanie do drzwi. Usłyszałem dzwoneczek. Czyli Inez...
Coś czułem, że będzie ciężko ale wolałem przeczekać napad jej złości i nic nie wyjaśniać. Nie musiała wiedzieć. A dzwoneczka i tak już by nie wcisnęła mi z powrotem.

Inez


Kiedy razem z Mayą wyszłyśmy z pokoju natknęłyśmy się na nasze znajome siostry.
-Maya, jest do ciebie sprawa - zwróciła się do małej Izo.
-Naprawdę? Jaka? - spytała zdezorientowana dziewczynka.
-Zostałaś oskarżona o złamanie przymierza pomiędzy mną, a waszym rodem - powiedział lodowato chłopak, którego wcześniej nie zauważyłam
- Ale jakiego przymierza? Jakiego rodu? Nie rozumiem o co chodzi – powiedziała Maya trochę przestraszona.
- Nie wiedziałaś, że jesteś członkiem naszego rodu? – zapytała ją Lauri, a mała pokręciła głową.
- To nie ważne i tak musisz ponieść konsekwencje – powiedział chłopak z poważną miną.
- Jack… - zaczęła Izo.
- Nie ma na to rady – przerwał jej.
- Chwileczkę – powiedziałam, a wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni. – Teito zabierz proszę Mayę i Lauri do mojego pokoju i poczekajcie tam na nas dobrze? – poprosiłam spokojnie.
Chłopiec z ponurą miną spełnił moją prośbę i zniknął za drzwiami mojego pokoju, zabierając ze sobą dziewczynki.
- Może mi wyjaśnicie o co chodzi i co ważniejsze jaką karę ma ponieść Maya? – poprosiłam.
- Jest naszą daleką krewną, a to oznacza, że powinna się związać z wróżem mrozu a nie z…
- A nie z przyjaciółką kotołaczką, która już ze sto razy uratowała jej życie, tak?
- Ehhh, no tak – przyznała Izo, po czym spojrzała na mnie przepraszająco i dodała: – Ja wiem, że ona nie zdawała sobie z tego sprawy, ale jej rodzice powinni…
- Rodzice, których prawie nie znała? – zapytałam. – Do jasnej anielki Izo przecież ona ma dopiero 7 lat! – nie wytrzymałam - Już przeszła więcej niż większość dorosłych ludzi, a wy chcecie ją karać za to, że została związana nie z tą istotą co trzeba? Nie mówiąc już o tym, że nie zdawała sobie z tego sprawy – zapadła cisza, którą niespodziewanie przerwał Blar.
- Ona ma racje – szepnął – Jack, nie możemy karać małej za błędy rodziców. Poza tym, osobiście poznałem Eve i wierz mi, że jest godna tego by być towarzyszką Mayi.
- Ale ona jest kotołaczką, a nie wróżką mrozu! – upierał się chłopak.
- Jestem kotołaczką, ale jestem związana z Mayą mocniej niż zwykłym Kontraktem – usłyszeliśmy cichy głos.
Odwróciliśmy się zaskoczeni i zobaczyliśmy stojącą nieopodal Eve. Dziewczynka zazwyczaj bardzo spokojna teraz miała łzy w oczach, a kiedy mówiła głos jej się łamał.



Lauri

-Wstawaj, mała, robota czeka - powiedział głos nad moją głową.
-Jeszcze chwilkę - wymruczałam przekręcając się na drugi bok.
-Ale już znalazłem wyjaśnienie tego, o co mnie prosiłaś - dodał głos, na co ja w końcu skojarzyłam do kogo należy.
-Jack! - powiedziałam szybko się podnosząc. Chłopak wybuchł śmiechem widząc moją zdziwią minę.
-Już znalazłem te dane i mam pewność, że Maya jest twoja daleką krewną - dodał.
-Naprawdę? - ucieszyłam się. Nawet udało mi się uśmiechnąć...
 -Tak, ale to oznacza, że złamała przymierze które zawarłem z waszym rodem.
-Jak to? - Pobladłam.
- Łącząc się z kotołakiem a nie wróżem mrozu. - Jack westchną. -  Można by uznać, że to przez niewiedzę, ale to dalej jest złamane przymierze. Trzeba to jakoś załatwić ubieraj się. Izo i Blar robią już śniadanie. Za pół godziny musimy być u Mayi i Eve.

* * *

Po pół godzinie skierowaliśmy się w stronę pokoju Mayi. Jednak nie doszliśmy tam, bo otworzyły się drzwi pokoju Inez i wyszła z nich właścicielka wraz z Mayą!
-Maya, jest do ciebie sprawa - zwróciła się do dziewczynki Izo.
-Naprawdę? Jaka? - spytała mała zdezorientowana.
-Zostałaś oskarżona o złamanie przymierza pomiędzy mną a waszym rodem - powiedział grobowym głosem Jack. Choć może lepiej by się sprawdziło, gdybym rzekła, że powiedział to lodowatym głosem...

Cavaliada - event

Wstałam z łóżka. Po tej zabawie u Inez niespecjalnie się wyspałam.
Podeszłam do Diva.
- Ubieraj się. Jedziemy do Monako - mówię mu. Ten spogląda na mnie zaspany.
- Do Monako? Kobieto dobrze się czujesz? -
- Tak Div. Musimy zdobyć pazur nietoperza Canry. Trzeba wkońcu załatać tą dziurę w barierze ochronnej - powiedziałam - Spakuj nas, a ja idę do Inez - wybiegłam z pokoju.
- Inez! - wołam wchodząc do pokoju, bez pukania. Cisza. Idę do jej sypialni. Dziewczyna jeszcze śpi.
- Inez! Wstawaj! Mam do ciebie sprawę! - krzyczę i zrzucam ją z łóżka. 
Jest przerażona. Na widok jej miny wybucham śmiechem.
- Co jest? Co chcesz? - mówi i rzuca we mnie poduszką.
- Jadę do Monako. Zajmij się Draco - mówię uśmiechając się.
- Do Monako? Czyżby po pazur nietoperza? - pyta Alex stojący w drzwiach. Odwracam się.
- Tak. Wrócę za jakiś czas. Przywiozę wam coś - mówię i wybiegam z pokoju. 
Div stoi już przed drzwiami z małą torbą.
- Jak dostaniemy się do Monako? - pyta. 
Wznoszę oczy do góry.
- Hmmm, ciekawe... To ty tu masz skrzydła nie ja! - mówię. 
Div klepnął się w czoło, wziął mnie na ręce i wylecieliśmy przez otwarte okno.
- Ale wiesz, że ja muszę też odpoczywać co jakiś czas? - pyta.
- Mam bilety na pociąg - odpowiadam uśmiechając się. - Odjeżdża za 2 godziny. Wiesz gdzie lecieć- anioł kiwnął głową i przyśpieszył.

***
4 godziny później.

- W co ja się wpakowałem? Czy ty wiesz ile tu jest nietoperzy? Jak znajdziemy tego całego Canry? - mamrocze Div. 
Jestem zdenerwowana. Trochę ciężko szuka się jednego nietoperza, kiedy wokół jest pełno takich samych! No ale podjęłam się więc muszę go znaleźć. No cudnie.
- Div, zamknij się. Proszę. Próbuję się skupić! - mówię. 
Szukałam ogromnej jaskini. Według książek tam powinien być ten nietoperz. Szliśmy jeszcze 2-3 godziny kiedy dotarliśmy. Była to wielka jaskinia. wejście miało może 14-15 metrów wysokości, a 17 szerokości. W powietrzu unosiła się magia.
- To tu - mówię odwracając się do Diva. 
Wygląda okropnie. Jego zazwyczaj białe skrzydła, teraz są zielono-brązowo-czarne. Włosy ma potargane (nie żeby wcześniej były ułożone). Delikatnie mówiąc wyglądał okropnie! Ja pewnie nie wyglądałam lepiej.
- Gotowa? - pyta mnie. Łapię go za rękę.
- Jeśli ty jesteś gotowy.