piątek, 1 marca 2013

Inez - event

Alex przez cały czas leżał nieprzytomny na podłodze, a ja nie wiedziałam co robić. Bardzo chciałam pomóc przyjacielowi, ale co ja mogę?
„Dużo możesz” usłyszałam w myślach
Rozejrzałam się zaskoczona
- Ktoś  tu jest? – zapytałam na głos
„Możesz znacznie więcej niż ci się wydaje” zabrzmiał znowu głos, ale nie odpowiedział na moje pytanie
„Kim jesteś? Pokaż się?” powiedziałam w myślach
Z jakiegoś kąta wyszła ta sama wilczyca co wcześniej.
„Jestem twoją przewodniczką” usłyszałam jej odpowiedź
„Przewodniczką?” zdziwiłam się „Jeśli jesteś po mojej stronie dlaczego skrzywdziłaś Alexa?”
„Ponieważ cię nie posłuchał. Nie zaufał twojej intuicji i zrobił się zbyt zaborczy i nadopiekuńczy”
„Wcale nie!” zaprotestowałam natychmiast
„Nie? Na pewno?” zapytała z lekkim niedowierzaniem
„No może trochę, ale to nie powód żeby zabierać mu wzrok!” powiedziałam stanowczo
„Nie zabrałam mu go na stałe”
Słysząc to odetchnęłam z ulgą.
„Poza tym” kontynuowała wilczyca „Nie zabrałam mu wzroku tylko żeby jego czegoś nauczyć. Ty też musisz stąd wynieść jakąś mądrość”
„Ale jaką?” zapytałam „Zrobię wszystko tylko powiedz mi najpierw czy z Alexem będzie wszystko w porządku” poprosiłam zanim zdążyła mi odpowiedzieć
„To zależy tylko od ciebie”
„Ode mnie? Ale co ja mogę zrobić?” zapytałam z rozpaczą w glosie
„Uwierzyć w siebie i zaufać swojej intuicji. Jeśli tego nie zrobisz zostaniecie tu na zawsze” powiedziała i zniknęła
„Poczekaj!” zawołałam za nią, ale usłyszałam tylko dalekie echo jej głosu mówiące:
„Uwierz w siebie!”
- Łatwo powiedzieć – mruknęłam pod nosem
W gruncie rzeczy wiedziałam jednak, że wilczyca miała racje. Teraz wszystko zależało ode mnie i nie zamierzałam siedzieć bezczynnie. Rozejrzałam się po jaskini i ku mojemu zaskoczeniu zauważyłam niewielką roślinkę wyrastającą z lodowej pokrywy. Jak ona tam wyrosła? Zresztą to nie było teraz ważne ponieważ rozpoznałam tę roślinę. Była to luccressia laurentic czyli ziele które jeśli zjadł je człowiek dawała mu na chwilę możliwość posługiwania się magią.
Uradowana podczołgałam się do miejsca w którym roślina rosła i już miałam po nią sięgnąć kiedy cos mi się przypomniało. Luccressia laurentic mogła zadziałać tylko na człowieka pewnego siebie, o silnej woli i wyczulonej intuicji. Jeśli zażył ją ktoś komu brakowało którejś cechy konsekwencje mogły być straszne. Nie byłam pewna czy jestem tą odpowiednią osobą, ale na sto procent wiedziałam jedno, że muszę pomóc Alexowi.
Zażyłam więc zioło i niemal od razu cos zaczęło się ze mną dziać. Na początku poczułam okropny ból głowy i przed oczami przeleciało mi milion obrazów. Nie wiedziałam co się dokładnie dzieje i przestraszyłam się, że nie powinnam zażywać zioła. Ale nie było już odwrotu…
Po jakimś czasie ból ustał, a obrazy zniknęły. Odetchnęłam z ulgą, ale wciąż nie byłam pewna czy roślina zadziałała tak jak powinna. Postanowiłam to najpierw sprawdzić na sobie zanim spróbuje pomóc Alexowi. Nie chciałam mu dodatkowo zaszkodzić…
Położyłam dłonie na kostce i skoncentrowałam się na skręceniu. Na początku aż jęknęłam bo ból się wzmógł, ale chwilę później noga była zdrowa.
Uradowana wstałam i podbiegłam do anioła. Położyłam mu dłonie na klatce piersiowej i znowu się skupiłam. Po kilku minutach Alex zakaszlał i otworzył oczy.
- Alex! – krzyknęłam z ulgą i przytuliłam go
- Inez…? Gdzie my jesteśmy…? – zapytał z wahaniem anioł
- W lodowej jaskini – odpowiedziałam – Możesz ruszać skrzydłami?
- Skrzydłami tak, ale nadal nic nie widzę i…. – urwał na chwilę – Inez?
- Tak?
- Przepraszam – szepnął ze skruchą – Nie posłuchałem cię. Myślałem, ze sam dam sobie radę i nie chciałem twojej pomocy nawet jak bardzo jej potrzebowałem. A potem jeszcze wpakowałem nas w tarapaty z tymi strzałami i zapadnią….
- Spokojnie, nie gniewam się – zapewniłam go – Ważne, ze już jest w porządku
- W porządku, ale….
- Ale co? – zaniepokoiłam się
- Jak my stąd wyjdziemy? – zapytał – I skoro my mieliśmy kłopoty to co z Rafaellem i Leonardo?
- Myślę, że oni sobie poradzili. Jak to wojownicy – powiedziałam żeby dodać otuchy przyjacielowi, ale w rzeczywistości zaczęłam się martwić o chłopaków – Poszukajmy ich
- No dobrze. Teraz ty prowadź – anioł uśmiechnął się
- Dobrze, ale obiecaj, że mi zaufasz – powiedziałam cicho
- Ufam ci jak nikomu innemu. Wiesz o tym
- No to chodźmy
Wzięłam Alexa pod ramię i pomogłam mu wstać. Poprowadziłam go przez jaskinię. Nagle przed nami wyrosła ściana ognia. Pchnęłam Alexa do tyłu.
- Co się dzieję? – zapytał przestraszony
- Nie wiem, ale to musi być albo pułapka albo ktoś nie chce żebyśmy się dostali do jaskini za ogniem – powiedziałam z wahaniem
- Mogę stworzyć tarczę…. – zaczął anioł
- Nie – przerwałam mu – Przejdziemy normalnie
- Ale Inez...
- Zaufaj mi tak jak obiecałeś, dobrze? – poprosiłam
- W porządku – powiedział
Znowu wzięłam go za rękę i poprowadziłam do ściany z ognia. Tak jak mi to podpowiadała intuicja ogień był zaawansowaną iluzją więc nie zrobił nam krzywdy.
Kiedy już przeszliśmy do drugiej jaskini naszym oczom ukazał się dziwny widok. Leo i Rafaell ranni leżeli przytuleni do siebie w dziwnej pozycji…

Rozalie

- Nira, jak myślisz. Ile jeszcze potrwa moje leczenie? - zapytałam. Elfica spojrzała na mnie.
- To wszystko zależy od ciebie. Jak nie będziesz się poddawała to tydzień może dwa. Ale jak się poddasz to nawet kilka lat... - powiedziała i podniosła mnie z łóżka. - No to pokaż co potrafisz. - Ustawiła mnie na dywanie, dała mi kule i odeszła. Chwiejnie stawiałam każdy krok. Jeden, dwa, trzy. Głęboki oddech, jest okej. Cztery, pięć, sześć. Okej, okej, oddychać. Siedem, osiem, dziewięć. Dobra idę dalej. Dziesięć, jedenaście, dwanaście. Poradzę sobie. Trzynaście, czternaście, piętnaście. Jeah! Szesnaście... I coś się skiepściło. Potknęłam się i upadłam.
- Widziałaś??? Szesnaście kroków! - zawołałam powoli wstając z podłogi, oczywiście z pomocą Niry.
- Gratuluję. Oby tak dalej. Gofry są już na stole. Chodź. - mówi sadzając mnie na wózku.

Cavaliada

-Cav, nadal się nimi przejmujesz? - zapytał Div. W sumie mogłam się przejmować. Moi przyjaciele polecieli do jakiejś szurniętej wiedźmy!
Nie odpowiedziałam. Wzięłam skrzypce (dawno już nie grałam...) WYszłam z pokoju i skierowałam się do parku. Przysiadłam na tamtym kamieniu. Na tym, gdzie pierwszy raz grałam w tej szkole... Wsłuchałam się w ptaki, szelest drzew, strumień... Zaczęłam grać... Zamknęłam oczy. I nagle usłyszałam cichy głos.

Kiedy was nie ma - to jakby nagle
Zabrakło w moim życiu muzyki
Kiedy Was nie ma - to czas mnie straszy
Że przeminę, że będę chwilą
Kiedy was nie ma - to jakby niebo
Miało się rozstać na zawsze ze słońcem
Kiedy Was nie ma - dosyć mam wszystkiego
I pragnę stąd na zawsze odejść

Moi przyjaciele
Moi przyjaciele
Moi przyjaciele bądźcie zawsze ze mną
Moi przyjaciele
Moi przyjaciele

Z wami wiem, że wszystko mogę
Że wystarczy tylko chcieć

Jak mam wyśpiewać, jak mam dziękować
Jak wytłumaczyć, że bez was mnie nie ma
Przytulam do was moją miłość
I wdzięczność mą w modlitwę zamieniam
Milion aniołków narysuję
I wszystkie razem postrącam z nieba
Dom na górze wybuduję
I zagram klauna kiedy trzeba

Moi Przyjaciele...
(Agata Budzyńska - Opowieść o przyjaźni)

Zdziwiona otworzyłam oczy. Na małej gałązce, w strumyku siedziała śliczna myszka. Patrzyła na mnie ślicznymi oczkami.
- Cześć maleńka. - powiedziałam wyciągając ją ze strumyka.
- Witaj! Jestem Kiff. - powiedziała siadając mi na dłoni.
- Ja jestem Cavaliada. Piękna piosenka. Skąd ją znasz? - zapytałam.
- Nie wiem. Gdzieś ją usłyszałam. Czy mogłabym u ciebie zamieszkać? - Roześmiałam się.
- No pewnie!

sobota, 23 lutego 2013

Rafaello - event

Szliśmy już z Leo dość długo w głąb jaskini. Zamyśliłem się nad czymś przez chwilę i o mały włos nie wpadłem na ścianę. Myślałem, że Leo na mnie nawrzeszczy, że nie uważam ale jak się okazało, wsiąknął mi gdzieś. Wróciłem kawałek a wtedy on wyłonił się z za zakrętu z tekstem:
-Sorki ale wydawało mi się, że coś za nami idzie.
"Spoko. Nie ma sprawy. Mogłeś mnie uprzedzić." wymigałem spokojnie. Odwróciłem się ale nie dałem rady iść dalej bo Leonardo mnie ogłuszył.

Obudziłem się w jakiejś lodowym... sześcianie? Zaraz... Klatka!
Siedziałem w lodowej klatce zawieszonej pod sklepieniem sali. Nie widziałem jak to zrobiono ale normalnie by się nie dało, więc zapewne to robota naszej poszukiwanej wiedźmy. Ale dlaczego Leo mnie uderzył? Spojrzałem przez przeźroczysty spód klatki i mnie zatkało... W sali pode mną klęczał mój przyjaciel i przytulał się... do mnie! Ale jak? Przecież ja siedzę tutaj...
Zacząłem z całej siły uderzać w ścianę klatki ale nic to nie dało. Na lodzie nie powstało nawet zadrapanie... Załamany usiadłem i spoglądałem z góry na przyjaciela. Nie słyszał nic, tak jak przypuszczałem a krzyknąć i tak nie mogłem. Na dodatek w klatce robiło się coraz zimniej. Zasnąłem.
Obudziłem się przemarznięty do szpiku kości. Nadal siedziałem w pułapce i nie wiedziałem jak wyjść. Pode mną nadal znajdował się mój przyjaciela ale był już sam. Nie miałem już siły. Doszedłem do wniosku, że lepiej gdyby mnie nie było... Ale najpierw muszę pomóc przyjacielowi. Nie miałem ani broni ani siły.
Po pewnym czasie wpadłem na pomysł, żeby rozbujać klatkę tak aby uderzyła w pobliską ścianę. Dość trudne zadanie ale powolutku klatka zaczynała się bujać. W końcu uderzyła w ścianę a lód popękał i spadłem w puchową górę śniegu. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego jaki to był szalony pomysł.
Leonardo albo ktoś, kto się pod niego podszywał, ruszył na mnie z atrapą miecza czyli dużym soplem lodu. Ku memu zdziwieniu był dobrze zaostrzony. Mimo, że przeciwnik miał problemy z ręką, ja byłem zbyt słaby by stawić mu opór. Szybko wylądowałem na ziemi rozwalając głowę. Chłopak przycisnął mi lód do gardła i wyszeptał:
-Obiecuję palanci*, że rozwalę ten wasz lodowy labirynt w choler*... Za niego... Pożałujecie.
Chciałem mu powiedzieć, że to ja ale nie mogłem bo mnie unieruchomił. Chciałem mu wyjaśnić i usłyszeć to co z nim się działo. Byłem taki naiwny. Tak bardzo chciałem mu pomóc a tu się okazuje, że to nie on. Przecież dla niego rozwaliłem tę klatkę!
-Co? Już naraz ucichłeś? Pierwsze podejście ci nie wyszło i próbujesz odnowa? Oj nie...- wysyczał.
Nie miałem już siły i z oka spłynęła mi łza. Leonardo zmierzył mnie dziwnym wzrokiem.
-Nie...- jęknął- Przepraszam! Ja... ja nie chciałem.- jęknął podnosząc mnie jedną ręką.- Oni mnie oszukali... Byłeś fałszywy. Ja... będę bardziej ufny...
"A ja nie będę już tak naiwny..." wymigałem słabo opierając głowę o jego ramie.
-Przepraszam. Rozbiłem ci głowę...- powiedział dotykając mojej potylicy- I to dosłownie. Krwawisz.
"To nic. Ty chyba złamałeś rękę."
-Walić mnie.- mruknął- Zaraz mi się rozchorujesz.
Wzruszyłem tylko ramionami.
-Wychłodzisz mi się. Chodź tu.- wyszeptał i przytulił mnie mocno do siebie.- Naprawdę przepraszam. Nie chciałem. Po prostu potwornie się o ciebie martwię. Nie chcę by coś ci się stało. Jesteś moim jedynym przyjacielem.
"To zacznij ufać."
-Zacznę. Powoli ale zacznę. obiecuję.- powiedział.- Tęskniłem.
Spojrzałem mu w oczy i mimowolnie odpłynąłem. Obudził mnie ból głowy.

Nie wiem gdzie byliśmy ale Leo ciągle trzymał mnie w ramionach, nawet teraz jak spał. Nie miałem siły by się wyplątać z jego ramion, więc tylko go objąłem i czekałem w ciszy. Dla mnie było już wszystko wiadomo. Swoją decyzję już podjąłem.



środa, 20 lutego 2013

Poeana


Niebo tej nocy było czyste. Księżyc był w pełni. Wymknęłam się z internatu i pobiegłam do ogrodu . Ból pleców był nie znośny a rana się jeszcze nie zagoiła lecz się nie zatrzymywałam. Myślałam o jednym ,by być sama . Nawet obecność Viridiego mnie wpieniała . Weszłam na mostek i usiadłam na jego skraju o mało nie spadając . Wtem usłyszałam jakiś odgłos . ,, To pewnie te potwory" - pomyślałam ,,Znów jakiś potwór przedarł się przez barierę" pożałowałam ,że nie wzięłam broni . Nagle wyłoniła się ohydna sylwetka . O taka:
http://th.interia.pl/50,bcb3a51174598930/46717966.jpg
,,Musze biec po pomoc. Sama nie dam rady . Ale wygląda na szybkiego." Przemknęło mi przez myśl . Zastanawiałam się dalej przez ułamek sekundy i cisnęłam w niego gałęzią a potem wskoczyłam do wody . Na dnie zobaczyłam kawałek metalu . Sięgnęłam . Okazało się ,że to skrzynia . Niestety musiałam wypłynąć by nabrać oddechu. Gdy się wynurzyłam potwora nie było . Popłynęłam zobaczyć co było w skrzyni .
***
- Co to? - Spytałam się Viridiego
- Wyrda - ,,Los" . Popatrzałam na niego i podniosłam brew w pytającym geście - To część mojego świata musieli tu ją schować moi przodkowie . To najsilniejsza część . Ten kto ją poskromił miał niewyobrażalną władze - Wyjaśnił . Złączył się z gadającą papugą i znał wszystkie nasze słowa
- To co robimy?
- Musimy oby dwie części schować .- przypominałam sobie o potworze
- A co z tym potworem? Wyglądał na bardzo niebezpiecznego.
- Powiedz to komuś- i skończył rozmowę

niedziela, 17 lutego 2013

Izozteka

Otworzyłam drzwi do pokoju i wraz z Lauri weszłyśmy tam zmęczone. To był niezwykły dzień. Okazało się bowiem, że wiele potworów wciąż się przedostaje na teren szkoły i trzeba było się ich pozbyć. Niesamowicie się przy tym natrudziliśmy z Blarem i Teito, ale w końcu udało się pozbyć większości. My stwierdziłyśmy, że musimy odpocząć, ale oni się uparli, że zostaną i popilnują czy potwory nikogo nie atakują.
Byłam zmęczona i słaniałam się z nóg, jednak pierwsze co zobaczyłam, to Jack siedzący na parapecie okna!
-Jack! Co tutaj robisz? - spytałam. Siedział odwrócony w taki sposób, że ni było widać jego twarzy. Po chwili odwrócił się przodem do mnie a ja oniemiałam ze zdumienia. Jack był... smutny. Może innym wydałoby się to normalne, ale wcale tak nie było. Jack od kąd sięgam pamięcią nigdy się nie smucił. Był osobą która co najwyżej mogła się czymś frustrować, ale nie smucić.
-Jack co się stało? - spytała Lauri, ona też musiała zauważyć, ze coś jest nie tak.
-Jesteście mi potrzebne. Zbliża się Zjazd - odparł smutno.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Ostatni Zjazd był przeszło sto lat temu... Ale dlaczego akurat teraz? I dlaczego Jack tak zareagował?
-Pakujcie się. Idę po Blara i Teito. Wyjeżdżamy za piętnaście minut.

***

Stałam z torbą z najpotrzebniejszymi rzeczami w dłoni. Lauri miała swoją torebkę a koło nóg postawiłyśmy torby dla Blara i Teito. Po sekundzie chłopcy weszli do pokoju razem z Jackiem i wzięli swoje torby.
Jack spróbował się uśmiechnąć by lekko podnieść nas na duchu ale mu nie wyszło. Atmosfera była napięta. A później Jack nas teleportował. Jak dobrze, że zostawiłam na łóżku karteczkę wyjaśniającą co z nami....

Inez - event

Szliśmy przez jakiś czas po jaskini aż dotarliśmy do rozwidlenia dróg.
- No to my pójdziemy w jedną stronę, a wy w drugą, może?- zapytał Alex.
- Spoko - mruknął Leo i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.
Wędrowałam z Alexem przez kilka minut i doszliśmy do kolejnego rozwidlenia. Były to dwa korytarze. Jeden ciemny, wąski i ponury. Drugi większy, oświetlony i na pozór przyjazny.
- No to co teraz? – zapytałam – Znowu się rozdzielamy?
- Nie – odpowiedział stanowczo anioł – Idziemy razem
- W porządku – powiedziałam i skierowałam się w lewy korytarz
- Ale gdzie ty idziesz?
- No…Myślę, że musimy iść tędy – powiedziałam niepewnie
- Na pewno nie – anioł pokręcił głową – Korytarz jest ciemny i wąski. Może tam być niebezpiecznie. Lepiej chodźmy w prawo
- Ale…- próbowałam zaprotestować
- Inez zaufaj mi – przerwał mi Alex
- No dobrze, chodźmy
Ledwo weszliśmy w oświetlony korytarz wejście za nami zawaliło się….
- To nie jest dobry znak – powiedziałam cicho – Może jednak trzeba było iść tamtym korytarzem
- Nie przesadzaj. Najważniejsze, ze nic nam się nie stało – zbagatelizował anioł.
To było do niego niepodobne. Zazwyczaj zachowywał większą ostrożność i słuchał tego co do niego mówię.
- No cóż… chodźmy dalej – powiedziałam i westchnęłam ciężko
Maszerowaliśmy przez chwilę w milczeniu. Alex oczywiście prowadził.
W pewnym momencie usłyszałam jakiś dziwny szelest. Zatrzymałam się.
- Alex? Słyszałeś to? – zaniepokoiłam się
- Co? – zapytał, a w tym samym momencie dźwięk się powtórzył
- No ten szelest
- Jaki szelest? O co ci…?
Nie dokończył bo z mroku wychynęło jakieś duże zwierzę. Była to czarna wilczyca, która niespodziewanie rzuciła się na Alexa.
http://s3.manifo.com/usr/5/54aEc/58/manager/moje_wataha/wilki/nastolatki/blacka.jpg
Chłopak próbował walczyć, ale nie miał szans. Zwierzę było wyjątkowo silne i szybkie. Już po kilkunastu sekundach powaliło Alexa na ziemie. Potem wilczyca stanęła nad nim i przygotowała się do ostatecznego ataku.
Podczas tych kilku sekund nie wiedziałam co robić. Jak pomóc przyjacielowi. A kiedy zobaczyłam go leżącego na ziemi i stojącą nad nim wilczycę z moich ust wyrwał się mimowolny krzyk:
- Zostaw go!
Ku mojemu zdziwieniu wilczyca posłuchała. Najpierw jednak położyła chłopakowi łapy na skrzydłach i polizała go po twarzy. Potem odsunęła się od niego i zniknęła w mroku.
- Alex nic ci nie jest? – zapytałam zaniepokojona, podchodząc do przyjaciela
- Chyba nie, ale….. Zaraz…Inez gdzie ty jesteś? – zapytał skołowany
- Stoję tuż przed tobą! – wykrzyknęłam zdumiona pytaniem
- To niemożliwe….! Ja…Ja cię nie widzę…ja nic nie widzę…. – wyszeptał zrozpaczony anioł
- Ale…. Jak to możliwe? – zapytałam
- Nie mam pojęcia… i to nie wszystko….
- Co masz na myśli?
- Nie mogę poruszać skrzydłami – wyznał chłopak – Nie wiem co się dzieję….
Nagle mnie olśniło
- A może to ta wilczyca ci to zrobiła?
- Ale dlaczego?
- Może ta wiedźma nie chce być znaleziona…Sama nie wiem… - mruknęłam
- No to osiągnęła odmienny efekt od zamierzonego – powiedział hardo Alex – Bo teraz to już na pewno musimy ją znaleźć.
- Wiem, ale jak chcesz to zrobić?
- Spokojna głowa – uśmiechnął się – Zdaj się na mnie
Zgodziłam się, ale nie byłam przekonana. Tak jak podejrzewałam nie bardzo Alexowi wyszło tropienie wiedźmy. Anioł co chwila potykał się, upadał i dobijał do ścian. Kiedy chciałam mu pomóc nie pozwalał mi na to i upierał się, że sam da radę.  Niestety się przeliczył i to tak, że oboje wpadliśmy w tarapaty…
Idąc, anioł cały czas trzymał się ścian. W pewnym momencie przez przypadek uruchomił jakiś mechanizm. W jaskini rozbrzmiała seria dziwnych huków, a ze ścian wystrzeliło mnóstwo stzał.
- Uważaj! – krzyknęłam i popchnęłam anioła tak, że oboje upadliśmy na podłogę.
Zaskoczony Alex, upadając na oślep, chwycił się jakiego wystającego fragmentu ściany. Jak się okazało była to dźwignia, otwierająca zapadnię tuż pod nami.
Spadaliśmy bardzo długi, a potem oboje uderzyliśmy o podłogę z dużą siłą…
Obudziło mnie ból. Poruszyłam się i aż jęknęłam. Upadając musiałam skręcić sobie kostkę…zaraz…upadając?  W jednej chwili przypomniałam sobie co się stało i od razu pomyślałam o towarzyszu. Rozejrzałam się spanikowana. Po chwili dostrzegłam nieopodal nieruchomy kształt. Podczołgałam się do niego. To był Alex. Chłopak podczas upadku również stracił przytomność, ale wyglądało na to, że w przeciwieństwie do mnie prędko jej nie odzyska. Wzięłam go w ramiona i przytuliłam.
Zrobił dla mnie tyle dobrego, a ja okazałam się taka słaba... Nie wiedziałam co zrobić.
To on się zawsze mną opiekował. To on przecież wyniósł mnie z płonącego budynku... Był dla mnie jak brat. Zawsze opiekuńczy i pomocny w trudnych chwilach. A ja? Ja byłam do niczego. Nie potrafiłam mu pomóc kiedy naprawdę mnie potrzebował! Zawiodłam go i to w takiej sytuacji!
Tak rozważając, nie zauważyłam nawet kiedy z oczu popłynęły mi łzy. Byłam na siebie wściekła, za to że jestem taka słaba, taka bezsilna.
Bardzo chciałam pomóc przyjacielowi, ale co ja mogę?