Szliśmy
już z Leo dość długo w głąb jaskini. Zamyśliłem się nad czymś przez
chwilę i o mały włos nie wpadłem na ścianę. Myślałem, że Leo na mnie
nawrzeszczy, że nie uważam ale jak się okazało, wsiąknął mi gdzieś.
Wróciłem kawałek a wtedy on wyłonił się z za zakrętu z tekstem:
-Sorki ale wydawało mi się, że coś za nami idzie. "Spoko. Nie ma sprawy. Mogłeś mnie uprzedzić." wymigałem spokojnie. Odwróciłem się ale nie dałem rady iść dalej bo Leonardo mnie ogłuszył. Obudziłem się w jakiejś lodowym... sześcianie? Zaraz... Klatka! Siedziałem w lodowej klatce zawieszonej pod sklepieniem sali. Nie widziałem jak to zrobiono ale normalnie by się nie dało, więc zapewne to robota naszej poszukiwanej wiedźmy. Ale dlaczego Leo mnie uderzył? Spojrzałem przez przeźroczysty spód klatki i mnie zatkało... W sali pode mną klęczał mój przyjaciel i przytulał się... do mnie! Ale jak? Przecież ja siedzę tutaj... Zacząłem z całej siły uderzać w ścianę klatki ale nic to nie dało. Na lodzie nie powstało nawet zadrapanie... Załamany usiadłem i spoglądałem z góry na przyjaciela. Nie słyszał nic, tak jak przypuszczałem a krzyknąć i tak nie mogłem. Na dodatek w klatce robiło się coraz zimniej. Zasnąłem. Obudziłem się przemarznięty do szpiku kości. Nadal siedziałem w pułapce i nie wiedziałem jak wyjść. Pode mną nadal znajdował się mój przyjaciela ale był już sam. Nie miałem już siły. Doszedłem do wniosku, że lepiej gdyby mnie nie było... Ale najpierw muszę pomóc przyjacielowi. Nie miałem ani broni ani siły. Po pewnym czasie wpadłem na pomysł, żeby rozbujać klatkę tak aby uderzyła w pobliską ścianę. Dość trudne zadanie ale powolutku klatka zaczynała się bujać. W końcu uderzyła w ścianę a lód popękał i spadłem w puchową górę śniegu. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego jaki to był szalony pomysł. Leonardo albo ktoś, kto się pod niego podszywał, ruszył na mnie z atrapą miecza czyli dużym soplem lodu. Ku memu zdziwieniu był dobrze zaostrzony. Mimo, że przeciwnik miał problemy z ręką, ja byłem zbyt słaby by stawić mu opór. Szybko wylądowałem na ziemi rozwalając głowę. Chłopak przycisnął mi lód do gardła i wyszeptał: -Obiecuję palanci*, że rozwalę ten wasz lodowy labirynt w choler*... Za niego... Pożałujecie. Chciałem mu powiedzieć, że to ja ale nie mogłem bo mnie unieruchomił. Chciałem mu wyjaśnić i usłyszeć to co z nim się działo. Byłem taki naiwny. Tak bardzo chciałem mu pomóc a tu się okazuje, że to nie on. Przecież dla niego rozwaliłem tę klatkę! -Co? Już naraz ucichłeś? Pierwsze podejście ci nie wyszło i próbujesz odnowa? Oj nie...- wysyczał. Nie miałem już siły i z oka spłynęła mi łza. Leonardo zmierzył mnie dziwnym wzrokiem. -Nie...- jęknął- Przepraszam! Ja... ja nie chciałem.- jęknął podnosząc mnie jedną ręką.- Oni mnie oszukali... Byłeś fałszywy. Ja... będę bardziej ufny... "A ja nie będę już tak naiwny..." wymigałem słabo opierając głowę o jego ramie. -Przepraszam. Rozbiłem ci głowę...- powiedział dotykając mojej potylicy- I to dosłownie. Krwawisz. "To nic. Ty chyba złamałeś rękę." -Walić mnie.- mruknął- Zaraz mi się rozchorujesz. Wzruszyłem tylko ramionami. -Wychłodzisz mi się. Chodź tu.- wyszeptał i przytulił mnie mocno do siebie.- Naprawdę przepraszam. Nie chciałem. Po prostu potwornie się o ciebie martwię. Nie chcę by coś ci się stało. Jesteś moim jedynym przyjacielem. "To zacznij ufać." -Zacznę. Powoli ale zacznę. obiecuję.- powiedział.- Tęskniłem. Spojrzałem mu w oczy i mimowolnie odpłynąłem. Obudził mnie ból głowy. Nie wiem gdzie byliśmy ale Leo ciągle trzymał mnie w ramionach, nawet teraz jak spał. Nie miałem siły by się wyplątać z jego ramion, więc tylko go objąłem i czekałem w ciszy. Dla mnie było już wszystko wiadomo. Swoją decyzję już podjąłem. |
|
sobota, 23 lutego 2013
środa, 20 lutego 2013
Poeana
Niebo tej nocy było czyste. Księżyc był w
pełni. Wymknęłam się z internatu i pobiegłam do ogrodu . Ból pleców był
nie znośny a rana się jeszcze nie zagoiła lecz się nie zatrzymywałam.
Myślałam o jednym ,by być sama . Nawet obecność Viridiego mnie wpieniała
. Weszłam na mostek i usiadłam na jego skraju o mało nie spadając .
Wtem usłyszałam jakiś odgłos . ,, To pewnie te potwory" - pomyślałam ,,Znów jakiś potwór przedarł się przez barierę" pożałowałam ,że nie
wzięłam broni . Nagle wyłoniła się ohydna sylwetka . O taka:
,,Musze biec po pomoc. Sama nie dam rady . Ale wygląda na szybkiego." Przemknęło mi przez myśl . Zastanawiałam się dalej przez ułamek sekundy i cisnęłam w niego gałęzią a potem wskoczyłam do wody . Na dnie zobaczyłam kawałek metalu . Sięgnęłam . Okazało się ,że to skrzynia . Niestety musiałam wypłynąć by nabrać oddechu. Gdy się wynurzyłam potwora nie było . Popłynęłam zobaczyć co było w skrzyni .
***
- Co to? - Spytałam się Viridiego
- Wyrda - ,,Los" . Popatrzałam na niego i podniosłam brew w pytającym geście - To część mojego świata musieli tu ją schować moi przodkowie . To najsilniejsza część . Ten kto ją poskromił miał niewyobrażalną władze - Wyjaśnił . Złączył się z gadającą papugą i znał wszystkie nasze słowa
- To co robimy?
- Musimy oby dwie części schować .- przypominałam sobie o potworze
- A co z tym potworem? Wyglądał na bardzo niebezpiecznego.
- Powiedz to komuś- i skończył rozmowę
niedziela, 17 lutego 2013
Izozteka
Otworzyłam drzwi do pokoju i wraz z Lauri weszłyśmy tam zmęczone. To był niezwykły dzień. Okazało się bowiem, że wiele potworów wciąż się przedostaje na teren szkoły i trzeba było się ich pozbyć. Niesamowicie się przy tym natrudziliśmy z Blarem i Teito, ale w końcu udało się pozbyć większości. My stwierdziłyśmy, że musimy odpocząć, ale oni się uparli, że zostaną i popilnują czy potwory nikogo nie atakują.
Byłam zmęczona i słaniałam się z nóg, jednak pierwsze co zobaczyłam, to Jack siedzący na parapecie okna!
-Jack! Co tutaj robisz? - spytałam. Siedział odwrócony w taki sposób, że ni było widać jego twarzy. Po chwili odwrócił się przodem do mnie a ja oniemiałam ze zdumienia. Jack był... smutny. Może innym wydałoby się to normalne, ale wcale tak nie było. Jack od kąd sięgam pamięcią nigdy się nie smucił. Był osobą która co najwyżej mogła się czymś frustrować, ale nie smucić.
-Jack co się stało? - spytała Lauri, ona też musiała zauważyć, ze coś jest nie tak.
-Jesteście mi potrzebne. Zbliża się Zjazd - odparł smutno.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Ostatni Zjazd był przeszło sto lat temu... Ale dlaczego akurat teraz? I dlaczego Jack tak zareagował?
-Pakujcie się. Idę po Blara i Teito. Wyjeżdżamy za piętnaście minut.
***
Stałam z torbą z najpotrzebniejszymi rzeczami w dłoni. Lauri miała swoją torebkę a koło nóg postawiłyśmy torby dla Blara i Teito. Po sekundzie chłopcy weszli do pokoju razem z Jackiem i wzięli swoje torby.
Jack spróbował się uśmiechnąć by lekko podnieść nas na duchu ale mu nie wyszło. Atmosfera była napięta. A później Jack nas teleportował. Jak dobrze, że zostawiłam na łóżku karteczkę wyjaśniającą co z nami....
Byłam zmęczona i słaniałam się z nóg, jednak pierwsze co zobaczyłam, to Jack siedzący na parapecie okna!
-Jack! Co tutaj robisz? - spytałam. Siedział odwrócony w taki sposób, że ni było widać jego twarzy. Po chwili odwrócił się przodem do mnie a ja oniemiałam ze zdumienia. Jack był... smutny. Może innym wydałoby się to normalne, ale wcale tak nie było. Jack od kąd sięgam pamięcią nigdy się nie smucił. Był osobą która co najwyżej mogła się czymś frustrować, ale nie smucić.
-Jack co się stało? - spytała Lauri, ona też musiała zauważyć, ze coś jest nie tak.
-Jesteście mi potrzebne. Zbliża się Zjazd - odparł smutno.
Nie wiedziałam co powiedzieć. Ostatni Zjazd był przeszło sto lat temu... Ale dlaczego akurat teraz? I dlaczego Jack tak zareagował?
-Pakujcie się. Idę po Blara i Teito. Wyjeżdżamy za piętnaście minut.
***
Stałam z torbą z najpotrzebniejszymi rzeczami w dłoni. Lauri miała swoją torebkę a koło nóg postawiłyśmy torby dla Blara i Teito. Po sekundzie chłopcy weszli do pokoju razem z Jackiem i wzięli swoje torby.
Jack spróbował się uśmiechnąć by lekko podnieść nas na duchu ale mu nie wyszło. Atmosfera była napięta. A później Jack nas teleportował. Jak dobrze, że zostawiłam na łóżku karteczkę wyjaśniającą co z nami....
Inez - event
Szliśmy przez jakiś czas po jaskini aż dotarliśmy do rozwidlenia dróg.
- No to my pójdziemy w jedną stronę, a wy w drugą, może?- zapytał Alex.
- Spoko - mruknął Leo i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.
Wędrowałam z Alexem przez kilka minut i doszliśmy do kolejnego rozwidlenia. Były to dwa korytarze. Jeden ciemny, wąski i ponury. Drugi większy, oświetlony i na pozór przyjazny.
- No to co teraz? – zapytałam – Znowu się rozdzielamy?
- Nie – odpowiedział stanowczo anioł – Idziemy razem
- W porządku – powiedziałam i skierowałam się w lewy korytarz
- Ale gdzie ty idziesz?
- No…Myślę, że musimy iść tędy – powiedziałam niepewnie
- Na pewno nie – anioł pokręcił głową – Korytarz jest ciemny i wąski. Może tam być niebezpiecznie. Lepiej chodźmy w prawo
- Ale…- próbowałam zaprotestować
- Inez zaufaj mi – przerwał mi Alex
- No dobrze, chodźmy
Ledwo weszliśmy w oświetlony korytarz wejście za nami zawaliło się….
- To nie jest dobry znak – powiedziałam cicho – Może jednak trzeba było iść tamtym korytarzem
- Nie przesadzaj. Najważniejsze, ze nic nam się nie stało – zbagatelizował anioł.
To było do niego niepodobne. Zazwyczaj zachowywał większą ostrożność i słuchał tego co do niego mówię.
- No cóż… chodźmy dalej – powiedziałam i westchnęłam ciężko
Maszerowaliśmy przez chwilę w milczeniu. Alex oczywiście prowadził.
W pewnym momencie usłyszałam jakiś dziwny szelest. Zatrzymałam się.
- Alex? Słyszałeś to? – zaniepokoiłam się
- Co? – zapytał, a w tym samym momencie dźwięk się powtórzył
- No ten szelest
- Jaki szelest? O co ci…?
Nie dokończył bo z mroku wychynęło jakieś duże zwierzę. Była to czarna wilczyca, która niespodziewanie rzuciła się na Alexa.
Chłopak próbował walczyć, ale nie miał szans. Zwierzę było wyjątkowo silne i szybkie. Już po kilkunastu sekundach powaliło Alexa na ziemie. Potem wilczyca stanęła nad nim i przygotowała się do ostatecznego ataku.
Podczas tych kilku sekund nie wiedziałam co robić. Jak pomóc przyjacielowi. A kiedy zobaczyłam go leżącego na ziemi i stojącą nad nim wilczycę z moich ust wyrwał się mimowolny krzyk:
- Zostaw go!
Ku mojemu zdziwieniu wilczyca posłuchała. Najpierw jednak położyła chłopakowi łapy na skrzydłach i polizała go po twarzy. Potem odsunęła się od niego i zniknęła w mroku.
- Alex nic ci nie jest? – zapytałam zaniepokojona, podchodząc do przyjaciela
- Chyba nie, ale….. Zaraz…Inez gdzie ty jesteś? – zapytał skołowany
- Stoję tuż przed tobą! – wykrzyknęłam zdumiona pytaniem
- To niemożliwe….! Ja…Ja cię nie widzę…ja nic nie widzę…. – wyszeptał zrozpaczony anioł
- Ale…. Jak to możliwe? – zapytałam
- Nie mam pojęcia… i to nie wszystko….
- Co masz na myśli?
- Nie mogę poruszać skrzydłami – wyznał chłopak – Nie wiem co się dzieję….
Nagle mnie olśniło
- A może to ta wilczyca ci to zrobiła?
- Ale dlaczego?
- Może ta wiedźma nie chce być znaleziona…Sama nie wiem… - mruknęłam
- No to osiągnęła odmienny efekt od zamierzonego – powiedział hardo Alex – Bo teraz to już na pewno musimy ją znaleźć.
- Wiem, ale jak chcesz to zrobić?
- Spokojna głowa – uśmiechnął się – Zdaj się na mnie
Zgodziłam się, ale nie byłam przekonana. Tak jak podejrzewałam nie bardzo Alexowi wyszło tropienie wiedźmy. Anioł co chwila potykał się, upadał i dobijał do ścian. Kiedy chciałam mu pomóc nie pozwalał mi na to i upierał się, że sam da radę. Niestety się przeliczył i to tak, że oboje wpadliśmy w tarapaty…
Idąc, anioł cały czas trzymał się ścian. W pewnym momencie przez przypadek uruchomił jakiś mechanizm. W jaskini rozbrzmiała seria dziwnych huków, a ze ścian wystrzeliło mnóstwo stzał.
- Uważaj! – krzyknęłam i popchnęłam anioła tak, że oboje upadliśmy na podłogę.
Zaskoczony Alex, upadając na oślep, chwycił się jakiego wystającego fragmentu ściany. Jak się okazało była to dźwignia, otwierająca zapadnię tuż pod nami.
Spadaliśmy bardzo długi, a potem oboje uderzyliśmy o podłogę z dużą siłą…
Obudziło mnie ból. Poruszyłam się i aż jęknęłam. Upadając musiałam skręcić sobie kostkę…zaraz…upadając? W jednej chwili przypomniałam sobie co się stało i od razu pomyślałam o towarzyszu. Rozejrzałam się spanikowana. Po chwili dostrzegłam nieopodal nieruchomy kształt. Podczołgałam się do niego. To był Alex. Chłopak podczas upadku również stracił przytomność, ale wyglądało na to, że w przeciwieństwie do mnie prędko jej nie odzyska. Wzięłam go w ramiona i przytuliłam.
Zrobił dla mnie tyle dobrego, a ja okazałam się taka słaba... Nie wiedziałam co zrobić.
To on się zawsze mną opiekował. To on przecież wyniósł mnie z płonącego budynku... Był dla mnie jak brat. Zawsze opiekuńczy i pomocny w trudnych chwilach. A ja? Ja byłam do niczego. Nie potrafiłam mu pomóc kiedy naprawdę mnie potrzebował! Zawiodłam go i to w takiej sytuacji!
Tak rozważając, nie zauważyłam nawet kiedy z oczu popłynęły mi łzy. Byłam na siebie wściekła, za to że jestem taka słaba, taka bezsilna.
Bardzo chciałam pomóc przyjacielowi, ale co ja mogę?
sobota, 16 lutego 2013
Leonardo - event
Nienawidzę tej roboty... Po prostu
nienawidzę współpracować! Łowca przecież zawsze jest zdany sam na siebie
a tu mam współpracować z gołębiem... Gdyby nie Rafaell, nie było by
mnie tu.
Szliśmy już dość długo aż w końcu trafiliśmy na rozwidlenie drogi.
-No to my pójdziemy w jedną stronę a wy w drugą, może?- zapytał Alex.
-Spoko.- mruknąłem. Nareszcie spokój. Nie żebym nie cierpiał ich ale nienawidzę jak nosi mnie anioł... Zepsuto mi tym humor.
Gdy byliśmy już daleko od rozwidlenia Rafaell zapytał:
"Leonardzie a co, jeżeli ona nie wie co mi jest?"
-Musi coś wiedzieć.
"Skąd masz pewność?"
-Nie mam. Ale mam przeczucia.
"Nie ufam jej."
-I bardzo dobrze.- odparłem ale Rafaell nie miał wcale humoru.- Masz doła?
"Nie. Cieszę się, że jakoś się przydam, że nie muszę siedzieć bezczynnie."
-To co ci jest?
"Martwię się, że bardziej zaszkodzę niż pomogę."
-To się nie martw bo ja na to nie pozwolę.- walnąłem z uśmiechem a przyjaciel go odwzajemnił.
Po pewnym czasie marszu miałem wrażenie, że coś nas obserwuje. Jak zwykle moja natura wzięła górę i musiałem to sprawdzić. Zwolniłem kroku i odbiłem w jakiś wąski korytarzyk. Przemknęło mi jakieś... białe pióro? Zdziwiłem się. Ruszyłem szybko za nim. Zdążyłem zobaczyć kontem oka białego ptaka ale coś mnie ogłuszyło i padłem jak długi na ziemię...
***
Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Coś mnie ciągnęło przez jakiś ... pokój?

-No bez jaj...- mruknąłem.
-Cicho siedź. Nie pogarszaj sytuacji. Tak za mocno cię ogłuszyłem więc byłeś nieprzytomny przez dwie godziny.- usłyszałem. Spojrzałem na to co mnie ciągnęło i mnie zatkało. Lodowy feniks.
-Puść mnie!- krzyknąłem.
-Bo co? Nic mi nie zrobisz. Jesteś związany, rozbrojony a ból głowy nie da ci się skupić.
-Głupia kura.
-Nie szalej bo będzie gorzej.- odparł ptak i walnął mną o ścianę.
-Słabo kurczaczku, słabo...- mruknąłem a ptak powtórzył akcję. Poczułem, że więzy się o coś zaczepiły i nieco poluzowały. Jeszcze kilka razy i się uwolnię.
-Cienko. Na tyle cię tylko stać?- zapytałem z zadziornym uśmiechem. Ptak jednak zmienił taktykę. Rzucił mną pod innym kątem i usłyszałem chrupnięcie.
-Ups... Złamałeś rękę i dwa żebra. Nie radzę mnie dalej podpuszczać bo może z ciebie nic nie zostać.
-Choler*.- syknąłem. A tak blisko było.
-Twój przyjaciel ma lepszą kulturę.
-Ani się wasz go ruszyć.
-Ja nie ale coś innego chętnie. Oj będziesz miał co zbierać, oj będziesz.
-Rozszarpię cię na kawałeczki a zaś...- przerwał mi
-A zaś co? A zaś nic. Bo Rafalla już nie będzie. Jak chcesz go jeszcze zobaczyć to siedź cicho i współpracuj.
-Co wy żeście się na tą współpracę tak uparli wszyscy. Na mózg wam padło czy...- nie zdążyłem skończyć bo ptak wrzucił mnie do jakiejś lodowej dziury.
-Chwilkę sam posiedzisz a zaś się zabawimy. Pamiętaj, że za twoje wybryki on cierpi.- powiedział i odleciał.
"Nich go tylko coś ruszy a rozwalę cały ten lodowy labirynt raz a porządnie. Nieważne jak, ale rozwalę! Po prostu rozwalę!" myślałem wściekły. Po chwili jednak pomyślałem o Rafaellu. Sokoro ja się dałem podejść to co z nim? Teraz z tymi lukami w pamięci nie wygląda to za dobrze. I dlaczego to on ma cierpieć za moje wyskoki? I... jak to go nie będzie? Przecież to nie tak miało być. On miał być moim panem a ja miałem go bronić. Miałem o niego dbać. A ja sobie siedzę w jakiejś kwadratowej, lodowej dziurze i nie mogę wyjść mu pomóc.
Podniosłem się i rozejrzałem. Nie było nigdzie cieni. Tak zaprojektowano jaskinie aby ich wcale nie było. Nie ułatwiło mi to sprawy. Na dodatek rzeczywiście nie miałem broni i bolała mnie głowa. Ściany były perfekcyjnie wyszlifowanym lodem więc nawet gdybym się rozwiązał to bym nie wyszedł. Tak źle i tak niedobrze. Mogłem jedynie czekać...
Po jakiejś godzinie przyleciał feniks.
-Już po wszystkim. Zbieraj się.
-Jak go tknąłeś...- nie skończyłem bo mi przerwał.
-Już za późno. Jesteś sam.
-Jesteś martwy.- wysyczałem.
-Ha ha!- zaśmiało się ptaszysko ścinając mnie długim ogonem z nóg. Nieźle przedzwoniłem głową o lód.- Masz szczęście. Obejrzysz zaś sobie wszystko. Ale najpierw pani pozwoliła mi się z tobą zabawić.- zwierzę złapało mnie za nogę i wyrzuciło z pułapki.
Potem zaczęło atakować. Mogłem jedynie stosować uniki co mnie potwornie drażniło! Jednak w pewnym momencie przekręciłem się tak, że ptak rozerwał to co mnie unieruchamiało. To nic, że rozwalił mi trochę plecy. Ważne, że miałem ręce i mogłem wiać. Nikt mnie tak jak dziś nie upokorzył.
Niezbyt wychodziła mi ucieczka bo feniks doskonale znał tunele a ja biegłem na oślep. Żebra i ręka nie pomagały. Ale musiałem znaleźć przyjaciela. Tylko to się liczyło. Już tyle razy go zawiodłem. Tym razem nie chciałem... tak wyszło.
W końcu stwór mnie dopadł i zaczęliśmy walczyć. Miał przewagę wzrostu, masy, siły... We wszystkim. W końcu nie dałem rady...
-Wygrałem. I jakie to uczucie? Nie masz już nic. Zabrałem ci nawet honor.
-Honoru nie jesteś w stanie mi odebrać.- wychrypiałem, podczas gdy ptak przyciskał mnie za gardło do ziemi.
-Ha ha... bardzo śmieszne. No ale obiecałem ci, że zobaczysz jak skończył twój przyjaciel. Powiem ci na wstępie, że nawet nie próbował walczyć...- ciągnęło ptaszysko.
Nie słuchałem go. Nigdy nie dopuszczałem do myśli, że Rafaella może nie być. Że tak po prostu... Nigdy się nie bałem i nigdy nie byłem tak bezsilny. Ptak urzeczywistnił wszystkie moje lęki. Zacząłem się bać o przyjaciela, nigdy nie byłem tak bezsilny jak dziś. Zawsze udawało mi się wymyślić jak mu pomóc a teraz byłem bezsilny... Nie mógł umrzeć... Po prostu nie mógł...
Tak kalkulowałem wszystkie sprawy nie zważając na to dokąd ciągnęło mnie ptaszysko. Zacząłem wracać wspomnieniami do czasu kiedy jeszcze nie tracił pamięci. Tak bardzo chciał iść gdzieś do szkoły. Tak bardzo nienawidził samotności. A teraz chętnie by z tej szkoły odszedł gdyby nie przyjaciele, chętnie wybierał samotność by się nie narzucać, by nie obciążać kogoś swoimi problemami.
A ja nie potrafiłem mu tej cholerne* pamięci przywrócić!
Ptak wrzucił mnie do jakiejś sali. Na jej środku stało wielkie lodowe lustro. Zwierzę zostawiło mnie samego. Na powierzchni lustra pojawiła się wizja. Widziałem przyjaciela unikającego ciosów zadawanych... ode mnie?! Doznałem szoku... Ta jędza... Nie mogłem na to patrzeć. uklęknąłem przed lustrem i oparłem czoło o lodową podłogę. To nie było fer. Wiedziałem, że Rafaell by mnie nie zabił. Nawet jeżeli ten ktoś wyglądał tylko tak jak ja. Nie mógł by tego zrobić... Uniosłem głowę i zobaczyłem przyjaciela leżącego z na śniegu, który błyskawicznie barwił się na czerwono.
po chwili lustro się roztopiło a za nim był...
-Rafaell.- jęknąłem podchodząc do niego. Był taki biały... Taki zimny...-Już jestem... Już jestem przy tobie...- szepnąłem biorąc go w ramiona. Po prostu się przytuliłem...
(Niech nikt nie kończy)
-No to my pójdziemy w jedną stronę a wy w drugą, może?- zapytał Alex.
-Spoko.- mruknąłem. Nareszcie spokój. Nie żebym nie cierpiał ich ale nienawidzę jak nosi mnie anioł... Zepsuto mi tym humor.
Gdy byliśmy już daleko od rozwidlenia Rafaell zapytał:
"Leonardzie a co, jeżeli ona nie wie co mi jest?"
-Musi coś wiedzieć.
"Skąd masz pewność?"
-Nie mam. Ale mam przeczucia.
"Nie ufam jej."
-I bardzo dobrze.- odparłem ale Rafaell nie miał wcale humoru.- Masz doła?
"Nie. Cieszę się, że jakoś się przydam, że nie muszę siedzieć bezczynnie."
-To co ci jest?
"Martwię się, że bardziej zaszkodzę niż pomogę."
-To się nie martw bo ja na to nie pozwolę.- walnąłem z uśmiechem a przyjaciel go odwzajemnił.
Po pewnym czasie marszu miałem wrażenie, że coś nas obserwuje. Jak zwykle moja natura wzięła górę i musiałem to sprawdzić. Zwolniłem kroku i odbiłem w jakiś wąski korytarzyk. Przemknęło mi jakieś... białe pióro? Zdziwiłem się. Ruszyłem szybko za nim. Zdążyłem zobaczyć kontem oka białego ptaka ale coś mnie ogłuszyło i padłem jak długi na ziemię...
***
Obudziłem się z potwornym bólem głowy. Coś mnie ciągnęło przez jakiś ... pokój?
-No bez jaj...- mruknąłem.
-Cicho siedź. Nie pogarszaj sytuacji. Tak za mocno cię ogłuszyłem więc byłeś nieprzytomny przez dwie godziny.- usłyszałem. Spojrzałem na to co mnie ciągnęło i mnie zatkało. Lodowy feniks.
-Puść mnie!- krzyknąłem.
-Bo co? Nic mi nie zrobisz. Jesteś związany, rozbrojony a ból głowy nie da ci się skupić.
-Głupia kura.
-Nie szalej bo będzie gorzej.- odparł ptak i walnął mną o ścianę.
-Słabo kurczaczku, słabo...- mruknąłem a ptak powtórzył akcję. Poczułem, że więzy się o coś zaczepiły i nieco poluzowały. Jeszcze kilka razy i się uwolnię.
-Cienko. Na tyle cię tylko stać?- zapytałem z zadziornym uśmiechem. Ptak jednak zmienił taktykę. Rzucił mną pod innym kątem i usłyszałem chrupnięcie.
-Ups... Złamałeś rękę i dwa żebra. Nie radzę mnie dalej podpuszczać bo może z ciebie nic nie zostać.
-Choler*.- syknąłem. A tak blisko było.
-Twój przyjaciel ma lepszą kulturę.
-Ani się wasz go ruszyć.
-Ja nie ale coś innego chętnie. Oj będziesz miał co zbierać, oj będziesz.
-Rozszarpię cię na kawałeczki a zaś...- przerwał mi
-A zaś co? A zaś nic. Bo Rafalla już nie będzie. Jak chcesz go jeszcze zobaczyć to siedź cicho i współpracuj.
-Co wy żeście się na tą współpracę tak uparli wszyscy. Na mózg wam padło czy...- nie zdążyłem skończyć bo ptak wrzucił mnie do jakiejś lodowej dziury.
-Chwilkę sam posiedzisz a zaś się zabawimy. Pamiętaj, że za twoje wybryki on cierpi.- powiedział i odleciał.
"Nich go tylko coś ruszy a rozwalę cały ten lodowy labirynt raz a porządnie. Nieważne jak, ale rozwalę! Po prostu rozwalę!" myślałem wściekły. Po chwili jednak pomyślałem o Rafaellu. Sokoro ja się dałem podejść to co z nim? Teraz z tymi lukami w pamięci nie wygląda to za dobrze. I dlaczego to on ma cierpieć za moje wyskoki? I... jak to go nie będzie? Przecież to nie tak miało być. On miał być moim panem a ja miałem go bronić. Miałem o niego dbać. A ja sobie siedzę w jakiejś kwadratowej, lodowej dziurze i nie mogę wyjść mu pomóc.
Podniosłem się i rozejrzałem. Nie było nigdzie cieni. Tak zaprojektowano jaskinie aby ich wcale nie było. Nie ułatwiło mi to sprawy. Na dodatek rzeczywiście nie miałem broni i bolała mnie głowa. Ściany były perfekcyjnie wyszlifowanym lodem więc nawet gdybym się rozwiązał to bym nie wyszedł. Tak źle i tak niedobrze. Mogłem jedynie czekać...
Po jakiejś godzinie przyleciał feniks.
-Już po wszystkim. Zbieraj się.
-Jak go tknąłeś...- nie skończyłem bo mi przerwał.
-Już za późno. Jesteś sam.
-Jesteś martwy.- wysyczałem.
-Ha ha!- zaśmiało się ptaszysko ścinając mnie długim ogonem z nóg. Nieźle przedzwoniłem głową o lód.- Masz szczęście. Obejrzysz zaś sobie wszystko. Ale najpierw pani pozwoliła mi się z tobą zabawić.- zwierzę złapało mnie za nogę i wyrzuciło z pułapki.
Potem zaczęło atakować. Mogłem jedynie stosować uniki co mnie potwornie drażniło! Jednak w pewnym momencie przekręciłem się tak, że ptak rozerwał to co mnie unieruchamiało. To nic, że rozwalił mi trochę plecy. Ważne, że miałem ręce i mogłem wiać. Nikt mnie tak jak dziś nie upokorzył.
Niezbyt wychodziła mi ucieczka bo feniks doskonale znał tunele a ja biegłem na oślep. Żebra i ręka nie pomagały. Ale musiałem znaleźć przyjaciela. Tylko to się liczyło. Już tyle razy go zawiodłem. Tym razem nie chciałem... tak wyszło.
W końcu stwór mnie dopadł i zaczęliśmy walczyć. Miał przewagę wzrostu, masy, siły... We wszystkim. W końcu nie dałem rady...
-Wygrałem. I jakie to uczucie? Nie masz już nic. Zabrałem ci nawet honor.
-Honoru nie jesteś w stanie mi odebrać.- wychrypiałem, podczas gdy ptak przyciskał mnie za gardło do ziemi.
-Ha ha... bardzo śmieszne. No ale obiecałem ci, że zobaczysz jak skończył twój przyjaciel. Powiem ci na wstępie, że nawet nie próbował walczyć...- ciągnęło ptaszysko.
Nie słuchałem go. Nigdy nie dopuszczałem do myśli, że Rafaella może nie być. Że tak po prostu... Nigdy się nie bałem i nigdy nie byłem tak bezsilny. Ptak urzeczywistnił wszystkie moje lęki. Zacząłem się bać o przyjaciela, nigdy nie byłem tak bezsilny jak dziś. Zawsze udawało mi się wymyślić jak mu pomóc a teraz byłem bezsilny... Nie mógł umrzeć... Po prostu nie mógł...
Tak kalkulowałem wszystkie sprawy nie zważając na to dokąd ciągnęło mnie ptaszysko. Zacząłem wracać wspomnieniami do czasu kiedy jeszcze nie tracił pamięci. Tak bardzo chciał iść gdzieś do szkoły. Tak bardzo nienawidził samotności. A teraz chętnie by z tej szkoły odszedł gdyby nie przyjaciele, chętnie wybierał samotność by się nie narzucać, by nie obciążać kogoś swoimi problemami.
A ja nie potrafiłem mu tej cholerne* pamięci przywrócić!
Ptak wrzucił mnie do jakiejś sali. Na jej środku stało wielkie lodowe lustro. Zwierzę zostawiło mnie samego. Na powierzchni lustra pojawiła się wizja. Widziałem przyjaciela unikającego ciosów zadawanych... ode mnie?! Doznałem szoku... Ta jędza... Nie mogłem na to patrzeć. uklęknąłem przed lustrem i oparłem czoło o lodową podłogę. To nie było fer. Wiedziałem, że Rafaell by mnie nie zabił. Nawet jeżeli ten ktoś wyglądał tylko tak jak ja. Nie mógł by tego zrobić... Uniosłem głowę i zobaczyłem przyjaciela leżącego z na śniegu, który błyskawicznie barwił się na czerwono.
po chwili lustro się roztopiło a za nim był...
-Rafaell.- jęknąłem podchodząc do niego. Był taki biały... Taki zimny...-Już jestem... Już jestem przy tobie...- szepnąłem biorąc go w ramiona. Po prostu się przytuliłem...
(Niech nikt nie kończy)
piątek, 15 lutego 2013
Inez - event
Kiedy wylądowaliśmy na lotnisku w Islandii nie bardzo wiedziałam co dalej. Leo mówił o jakiejś jaskini w której miała mieszkać nasza wiedźma. Tylko jak znajdziemy tą jaskinie?
Najwyraźniej to samo pytanie chodziło po głowie Rafaellowi bo wymigał:
„Gdzie teraz Leo?”
- A skąd ja mam wiedzieć? – oburzył się chłopak
„No przecież jesteś łowcą nie?”
- No i co z tego?
- Dla Ciebie znaleźć Wiedźmę to pestka – powiedziałam ze słodkim uśmiechem, jednocześnie mrugając do Rafaella – Przecież ty wszystko umiesz więc kto jak nie ty zdoła ją znaleźć?
Tak jak przypuszczałam Leo połknął haczyk. Wyprowadził nas z lotniska, a potem zaczął chodzić tam gdzie był jakiś cień i badać go. Szliśmy za nim w milczeniu żeby go nie rozpraszać.
- To tu – powiedział, zatrzymując się niespodziewanie.
Rozejrzeliśmy się, ale nigdzie nie było widać żadnej jaskini. Był tylko śnieg…. Wszechobecny śnieg.
- Ale gdzie ta cała jaskinia? – zapytał Alex
- Właśnie w niej stoimy – odpowiedział Leo.
Był śmiertelnie poważny
„Ale to niemożliwe… Leo o co ci dokładnie chodzi?” wymigał Rafaell
- Jaskinia jest pod nami. Musimy się do niej jakoś dostać – wyjaśnił spokojnie łowca
- Hm… tylko jak? – zapytał Alex
- A gdyby roztopić ten śnieg pod nami? – zapytałam zamyślona
- Co kombinujesz? – zaciekawił się Leo
- Zobaczysz - powiedziałam po czym zwróciłam się do przyjaciela – Alex wziąłeś swój ognisty sztylet?
- Oczywiście, ale…
- Pokaż mi go – poprosiłam
Alex wyjął sztylet i podał mi go.
- Hmm… a gdyby tak… - mruknęłam pod nosem
Uklękłam na śniegu i sprawdziłam ostrość sztyletu. Potem wstałam i oddałam broń aniołowi
- Przetnij ziemię pod nami – poprosiłam, a wszyscy trzej faceci spojrzeli na mnie jak na wariatkę – Oj, zaufaj mi. To jest tylko śnieg i lód, a za pomocą tej broni uda ci się szybko je zlikwidować
- No zgoda – powiedział anioł i wykonał moją prośbę
Ledwo naciął śnieg i lód pod nami, ogień ze sztyletu zaczął roztapiać co tylko się da. Już po kilku sekundach mieliśmy przed sobą ogromną dziurą.
- Musimy tam zejść
- W porządku ja was mogę przenieść – zaoferował Alex
- Nie ma mowy! – oburzył się Leo – Nie dam się znowu nosić gołębiowi!
„Leonardo nie rób scen” zganił go Rafaell „Dobrze wiesz, że musimy się tam dostać”
- Yh, no niech ci będzie – przystał w końcu Leo, ale nie był zadowolony
Alex chwycił go w pasie i zleciał na dół. Potem wrócił po Rafaella i na końcu po mnie.
- Dobra, załatwmy to jak najszybciej – powiedział Leo, kiedy wszyscy byliśmy już na dole
- W porządku, widzę jaskinie – powiedziałam i ruszyłam w jej kierunku.
Tuż przy wejściu zatrzymałam się i odwróciłam. Żaden z moich towarzyszy nie ruszył się z miejsca.
- No chodźcie! – zawołałam
Zawahali się, ale wreszcie dołączyli do mnie i razem weszliśmy do jaskini.
Najwyraźniej to samo pytanie chodziło po głowie Rafaellowi bo wymigał:
„Gdzie teraz Leo?”
- A skąd ja mam wiedzieć? – oburzył się chłopak
„No przecież jesteś łowcą nie?”
- No i co z tego?
- Dla Ciebie znaleźć Wiedźmę to pestka – powiedziałam ze słodkim uśmiechem, jednocześnie mrugając do Rafaella – Przecież ty wszystko umiesz więc kto jak nie ty zdoła ją znaleźć?
Tak jak przypuszczałam Leo połknął haczyk. Wyprowadził nas z lotniska, a potem zaczął chodzić tam gdzie był jakiś cień i badać go. Szliśmy za nim w milczeniu żeby go nie rozpraszać.
- To tu – powiedział, zatrzymując się niespodziewanie.
Rozejrzeliśmy się, ale nigdzie nie było widać żadnej jaskini. Był tylko śnieg…. Wszechobecny śnieg.
- Ale gdzie ta cała jaskinia? – zapytał Alex
- Właśnie w niej stoimy – odpowiedział Leo.
Był śmiertelnie poważny
„Ale to niemożliwe… Leo o co ci dokładnie chodzi?” wymigał Rafaell
- Jaskinia jest pod nami. Musimy się do niej jakoś dostać – wyjaśnił spokojnie łowca
- Hm… tylko jak? – zapytał Alex
- A gdyby roztopić ten śnieg pod nami? – zapytałam zamyślona
- Co kombinujesz? – zaciekawił się Leo
- Zobaczysz - powiedziałam po czym zwróciłam się do przyjaciela – Alex wziąłeś swój ognisty sztylet?
- Oczywiście, ale…
- Pokaż mi go – poprosiłam
Alex wyjął sztylet i podał mi go.
- Hmm… a gdyby tak… - mruknęłam pod nosem
Uklękłam na śniegu i sprawdziłam ostrość sztyletu. Potem wstałam i oddałam broń aniołowi
- Przetnij ziemię pod nami – poprosiłam, a wszyscy trzej faceci spojrzeli na mnie jak na wariatkę – Oj, zaufaj mi. To jest tylko śnieg i lód, a za pomocą tej broni uda ci się szybko je zlikwidować
- No zgoda – powiedział anioł i wykonał moją prośbę
Ledwo naciął śnieg i lód pod nami, ogień ze sztyletu zaczął roztapiać co tylko się da. Już po kilku sekundach mieliśmy przed sobą ogromną dziurą.
- Musimy tam zejść
- W porządku ja was mogę przenieść – zaoferował Alex
- Nie ma mowy! – oburzył się Leo – Nie dam się znowu nosić gołębiowi!
„Leonardo nie rób scen” zganił go Rafaell „Dobrze wiesz, że musimy się tam dostać”
- Yh, no niech ci będzie – przystał w końcu Leo, ale nie był zadowolony
Alex chwycił go w pasie i zleciał na dół. Potem wrócił po Rafaella i na końcu po mnie.
- Dobra, załatwmy to jak najszybciej – powiedział Leo, kiedy wszyscy byliśmy już na dole
- W porządku, widzę jaskinie – powiedziałam i ruszyłam w jej kierunku.
Tuż przy wejściu zatrzymałam się i odwróciłam. Żaden z moich towarzyszy nie ruszył się z miejsca.
- No chodźcie! – zawołałam
Zawahali się, ale wreszcie dołączyli do mnie i razem weszliśmy do jaskini.
środa, 13 lutego 2013
Poeana
Obudziłam się ze strasznym bólem pleców. Moja katana leżała
na ziemi. Od razu ją podniosłam. ,,Znów zapomniałam ją naostrzyć " pomyślałam.
Przygnębiona poszłam do kuchni. Viridi już tam był.
- Co na śniadanie? - spytałam jednocześnie ziewając.
- Yyy... - wymamrotał kompan. ,, No tak " przypomniałam sobie „ Nauczyłam go dopiero kilku słów z naszego języka. No cóż?”
- Co na śniadanie? - spytałam jednocześnie ziewając.
- Yyy... - wymamrotał kompan. ,, No tak " przypomniałam sobie „ Nauczyłam go dopiero kilku słów z naszego języka. No cóż?”
- Ja coś zrobię - powiedziałam i poszłam do lodówki - Chcesz
kanapki z marmoladą? - Przyjaciel kiwnął głową. Po śniadaniu poszłam na lekcje.
Nauczyciel od władania mieczem ( jednego z moich najulubieńszych przedmiotów) właśnie
pokazywał jak pokonać mieczem półtora ręcznym przeciwnika większego, silniejszego
przeciwnika z toporem bojowym. Nagle spytał mnie o coś.
- Poeana! Co zrobisz, jeśli przeciwnik będzie chciał uderzyć zza głowy?
- Yyyy... Trzeba zrobić to no.... unik - powiedziałam. W ogóle nie słuchałam . Myślałam, co się stało wtedy w nocy, gdy Isidar Mithrim rozbłysł.
- Poeana! Co zrobisz, jeśli przeciwnik będzie chciał uderzyć zza głowy?
- Yyyy... Trzeba zrobić to no.... unik - powiedziałam. W ogóle nie słuchałam . Myślałam, co się stało wtedy w nocy, gdy Isidar Mithrim rozbłysł.
- Częściowo dobrze. Trzeba odskoczyć i uderzyć mieczem w bok
- powiedział po czym pokazał to na manekinie. - O tak. - ,, Poszczęściło mi się
" pomyślałam - Poeana choć tu. Weź swoją katane ! -polecił - Kaya ty też.
Weź ze stojaka miecz dwu ręczny.
Po czym zaczął się pojedynek . Kilka razy ją drasnęłam, lecz
nie mogłam się przebić przez osłonę. W końcu mnie trafiła. Niestety w bolące plecy.
Upadłam. Miecz rozdał koszule i naruszył skórę.
- Dziewczyno idź do pielęgniarki!
Z krwawiącymi plecami opuściłam sale. Lubiłam przebywać u San.
Potrafiła mnie wysłuchać i nawet często pomóc w jakiejś sprawie. Gdy weszłam od
razu wykrzyknęła:
- Drogie dziecko, co ci się stało!
Wytłumaczyłam jej dzisiejszy ból pleców i jak się zraniłam. Posmarowała
je jakąś maścią i obandażowała.
- No już. Niestety będziesz musiała odpuścić sobie na jakiś
czas walki mieczem i strzelanie z łuku. - Już chciałam wyjść, gdy nagle
powiedziała: - Poczekaj! Coś cię niepokoi czy mogę wiedzieć, co?
- Niestety San muszę sobie poradzić sama.
- Niestety San muszę sobie poradzić sama.
I wyszłam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)