czwartek, 20 czerwca 2013

Inez

- Cavaliada! – krzyknęłam przerażona, podbiegając do przyjaciółki.
Próbowałam ją ocucić, ale mi się nie udało. Chciałam zanieść ją z powrotem do pokoju gdzie mogłaby się nią zająć Nira, ale przeszkodziła mi Light.
Klacz wierzgała, kopała i stawała dęba. Musiałam ją jakoś ujarzmić. Chwyciłam lonżę i zaczęłam ciągnąć Light w kierunku stajni. Klacz opierała się i kilka razy wylądowałam przez nią w błocie, ale wreszcie udało mi się ją zamknąć w jej boksie.
Upewniwszy się, że klacz nie ucieknie pobiegłam z powrotem do Cavaliady. Dziewczyna akurat otworzyła oczy.
- Inez – szepnęła
- Cav! – odetchnęłam z ulgą – Wszystko w porządku?
- Nie – jęknęła dziewczyna – Chyba się połamałam w paru miejscach i strasznie mnie boli głowa…
- Muszę Cię szybko zabrać do pokoju – powiedziałam stanowczo
Jednak kiedy spróbowałam choćby ruszyć przyjaciółkę ta krzyknęła i zwinęła się z bólu. Zrozumiałam, że nic z tego nie będzie. Musiałam wymyślić cos innego, zwłaszcza, że w szkole nadal grasowały podróbki prawdziwych uczniów. Nie mogłam pozwolić żeby znaleźli Cavaliadę…
Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł.
- Kira! – zawołałam w myślach
Wilczyca odpowiedziała niemal natychmiast.
- Tak pani?
- Skontaktuj się z Eve i przekaż jej żeby razem z Nirą przyszła do stajni – poleciłam
- Dobrze – odpowiedziała po czym nastąpiła chwila ciszy – Już idą – odezwała się wilczyca
- Dziękuję – odetchnęłam z ulgą po czym znowu pochyliłam się nad Cavaliadą
Zbadałam jej złamania i usztywniłam je żeby dziewczyna nie sprawiała sobie dodatkowego bólu. Kiedy skończyłam Cav nadal była bardzo blada…
- Nie wiem jak mam Ci pomóc – jęknęłam bezsilnie – Musimy poczekać na Eve i Nirę
- Nie przejmuj się – Cav próbowała mnie pocieszyć – Wytrzymam
- Mam tylko nadzieję, że…- zaczęłam, ale przerwał mi nieznajomy, nieprzyjemny głos
- No no no. Kogo my tu mamy! – odwróciłam się zaskoczona i zobaczyłam przed sobą kopie Alexa i Diva – Widzę, ze wykonaliście część naszego zadania – zadrwił fałszywy Alex – Mieliśmy was pozabijać i już nie wiele do zrobienia nam zostało
- Tak wam się wydaje? – zapytałam chłodno, sięgając do amuletu tarczy
- No chyba nie jesteś tak głupia żeby myśleć, że jest inaczej – zadrwił fałszywy Div po czym dodał pogardliwie, patrząc na leżącą Cavaliadę – Przecież ją wystarczy tylko dobić
- Ale najpierw musicie się do niej dostać – odparowałam – A ja nie zamierzam wam na to pozwolić!
- Pozwolisz, pozwolisz – nie-Div uśmiechnął się drwiąco – Jak będziesz martwa to na wszystko pozwolisz
- Więc spróbujcie mnie uśmiercić – zachęciłam 
Obaj podbiegli do nas, ale kiedy byli za blisko moja tarcza ich odrzuciła. Upadli na ziemię kilkanaście metrów dalej.
- Ty !@# - zawołał rozwścieczony nie-Alex – Jeszcze się z Tobą rozprawię! Jeszcze Cię dopadnę!
- Zobaczymy – powiedziałam spokojnie, patrząc mu w oczy
Klon zaklął głośno po czym dal znak swojemu kompanowi i razem opuścili plac. Przez chwilę patrzyłam w slad za nimi. Kiedy zniknęli mi z oczu na placu zapanowała idealna cisza. Przerwała ją Cavaliada.
- Inez – jęknęła cicho – Jest coraz gorzej
- Zaraz przyjdzie Nira – szepnęłam uspokajająco – Wytrzymaj jeszcze trochę
- Nie oto chodzi – zaprotestowała Cav
- Więc o co?
– Zostaw mnie tu – szepnęła przyjaciółka
- Co? Nie! – powiedziałam ostro – Nawet nie ma mowy!
- Ale…
- Albo wracamy razem albo żadna z nas nie wraca – przerwałam stanowczo
W tym samym momencie usłyszałam znajome wołanie Eve:
- Już jesteśmy Inez! – dziewczynka biegła w moją stronę, a tuż za nią podążała Nira
- Co z Cavaliadą? – zapytała elfka
- Kiepsko. Musimy jak najszybciej zanieść ją do pokoju – wyjaśniłam
- Dobrze, już się nią zajmę – odpowiedziała krótko Nira po czym ostrożnie wzięła ranną na ręce.
Cav krzyknęła przeraźliwie, a potem zemdlała z bólu. Nira pobiegła do pokoju tak szybko, że nie ani ja ani Eve nie byłyśmy w stanie jej dogonić i zostałyśmy bardzo z tyłu.
W końcu jednak i my dotarłyśmy do pokoju Rozalie. Zobaczyłyśmy jak Alex i Nira zatroskani krzątali się wokół nieprzytomnej Cav. Nie chciałyśmy im przeszkadzać więc przeszłyśmy do kuchni gdzie siedziała zapłakana Ro. Pocieszyłyśmy ją jak mogłyśmy, a kiedy trochę się uspokoiła zapytałam:
- Rozalie, czy Maya nadal spi?
- Nie – odpowiedziała dziewczyna i nagle zbladła, najwyraźniej o czymś sobie przypominając – Nie spotkałyście jej po drodze ze stajni? – zapytała przestraszona
- Nie, dlaczego?
- Poszła za wami żeby zobaczyć co z tobą i Cav
- I puściłaś ją samą?! – zdenerwowała się Eve
- Miała was dogonić – usprawiedliwiła się
- No cóż… nie możemy tak siedzieć i się kłócić – powiedziałam stanowczo – Trzeba jak najszybciej odnaleźć Mayę
Po tych słowach zerwałam się na równe nogi i wybiegłam z pokoju. Bardzo chciałam odnaleźć Mayę i pozbyć się uporczywego przeczucia, że jest już na to za późno…

wtorek, 18 czerwca 2013

Leonardo

-Tak, nie żyje.- wydusił z siebie anioł.
-Rozumiem.- odparłem wracając do pracy.
-Leo... Przykro mi...- zaczął kładąc mi rękę na ramieniu.
-Nie potrzebnie.- ściąłem ostro. -Nie potrzebuje współczucia. Idź do reszty i nie czekajcie na mnie. -odparłem już bez żadnych emocji.
-Dobrze...- mruknął cicho gołąb po dłuższym namyśle, po czym wyszedł.
Zostawiając mnie samego zrobił najlepszą rzecz jaką mógł zrobić w zaistniałej sytuacji.
Stałem w bezruchu wpatrując się w kałużę krwi, którą właśnie miałem posprzątać. Cisnąłem w nią szmatę i mając wszystko gdzieś, po prostu wyszedłem. Teraz nic się już nie liczyło. Została tylko prośba Pana, wspomnienia i niewiadoma przyszłość. Nic więcej.
Po kryjomu zakradłem się do pokoju aby zabrać broń, po czym niezauważony opuściłem szkołę. Korzystając z jednego z otwartych przejść w barierze opuściłem teren szkolny. Musiałem wszystko przemyśleć. Potrzebowałem czasu dla siebie. Przed innymi ukrywanie emocji było łatwizną ale przed samym sobą nie mogłem tego zrobić, więc udałem się do najbliższego opuszczonego domu.
W domu nie było nic oprócz wielkiej dziury w w suficie i pozostałości po kominku. Usiadłem po turecku na środku największego pomieszczenia, starając się poskładać myśli w jakiś sensowny plan... ale jak się okazało to było niemożliwe. W głowie miałem kompletną pustkę. Nigdy wcześniej coś takiego mi się nie zdarzało.
Wiedziałem, że nie będę umiał się pogodzić z brakiem przyjaciela ale nie wiedziałem, że to może aż tak boleć. Bolała również świadomość, że nie dotrzymałem obietnicy. Miałem przy nim być gdy umierał a ja... po prostu zabijałem wtedy innych. Nie było mnie przy nim gdy najbardziej tego potrzebował.
Niespodziewanie na głowę zaczęły spadać mi krople wody. Spojrzałem na dziurę w dachu i zobaczyłem ciężkie burzowe chmury, z których zaczynał kropić deszcz.
-Jeszcze tego brakowało...- wysyczałem wściekły.- Jak tu do cholery wierzyć w cokolwiek!!!- wrzasnąłem z całych sił, po czym opuściłem głowę, podciągnąłem kolana i oplotłem je rękoma.
"Nie można wierzyć w cokolwiek. Szczególnie nie wolno żywić żadnych nadziei do czegokolwiek. Nie wolno..." pomyślałem. "Nigdy nie wierzyłem, nie wierzę i nie będę wierzył w Boga, nie będę wierzył w przeznaczenie, nie będę wierzył w szczęście ani w pecha, nie ma na świecie szczęścia. Na świecie nie ma po prostu nic. Świat jest stworzony jako jałowa planeta dla różnych durni, jako pole bitewne. Nie ma w niej miejsca dla "podróbek" jakiejkolwiek rasy. Nie ma po prostu nic." stwierdziłem.
Po raz pierwszy, sam z siebie zachciałem płakać ale nie umiałem, chciałem z całej siły w coś przyłożyć ale nie miałem na to energii, chciałem krzyczeć z całej siły ale nie mogłem z siebie wydusić żadnego dźwięku. Chciałem obedrzeć ze skóry całą Radę ale wiedziałem, że nie jestem w stanie.
"Więc...to to uczucie ludzie nazywają bezsilnością." wywnioskowałem."Nieciekawie. Nieprzyjemnie. Niepodobne do mnie."
Poderwałem się z ziemi i szybkim krokiem opuściłem rozsypujący się dom. Jak się okazało było już późno w nocy. Doszedłem również do wniosku, że mam dwa wyjścia: albo pójdę walczyć i mi nieco ulży, albo odejdę walcząc z przytłaczającą świadomością. Musiałem wybrać pierwszą opcję ze względu na Mayę. Rafaelowi bardzo na niej zależało, więc nie chciałem aby to o co tak ostatnio walczył, po prostu przestało istnieć, no i musiałem odreagować... Musiałem również pochować przyjaciela. Potem coś bym wymyślił.
Teraz nic mnie nie powstrzymywało. Mogłem używać swojej broni i mocy bez jakiejkolwiek obawy ze strony Rady. Teraz już mogli wiedzieć. Musiałem spróbować zabić jedną osobę. Jedną jedyną osobę, nic więcej. Wiedziałem, że mi się nie uda ale musiałem chociaż spróbować.
Czułem tylko gniew i obojętność. Obiecałem sobie też, że nie odezwę się słowem do nikogo.

niedziela, 2 czerwca 2013

Cavaliada - event

Rafaell nie żyje. Ta wiadomość mnie dobiła. Mam ochotę schować się gdzieś i nie wychodzić. Ale nie mogę. Muszę wykonać moją misję i poskromić dzikiego konia Światła. Ro została w pokoju pilnują ogólnego porządku, ja ruszam do stajni. Przychodzę tu kilka razy dziennie. Chciałam przyzwyczaić Light do mojej obecności. Dzisiaj już mam dość. Muszę się zabrać do roboty. Ale najpierw... Złapać tego przeklętego konia. Stoję na samym środku pastwiska Light. Patrzę jej się prosto w oczy, nie mrugając. A potem... Wyciągam zza pleców lonżę. Rzucam nią w kierunku konia. Poganiam ją do galopu, cwału. Na koniec zaganiam do maleńkiej zagrody. Czy się boję? Nie. Jestem przerażona. Przecież to zwierzę ma 3 metry! Głęboki wdech i wydech. Klacz stoi spokojnie, ale nie daję się jej zwieść. W jej oczach błyskają szatańskie iskierki.
- To koniec wolności, kochana. Teraz się tobą zajmę. - szepczę.
Biegnę do siodlarni. Biorę ogłowie i bat. Na siodło jeszcze zbyt szybko. Po chwili stoję już obok Light. Nie czyszczę jej. To nie ma sensu. Nie mogę marnować energii. Muszę być pełna sił. I potrzebuję pomocy... Na jednej z belek zobaczyłam maleńką myszkę...
- Kiff! Mam prośbę. Czy możesz iść po kogokolwiek? Inez, albo Alexa? Proszę! - wołam.
Moja myszka kiwa głową i biegnie. Sama nie założę Light ogłowia, a tym bardziej nie utrzymam jej na lonży! Wyciągam z kieszeni kilka muszelek, a z ziemi podnoszę metalowy pręt. Konie żywiołów nienawidzą metalu. Chcę to wykorzystać. Muszle rozgniatam na pył i dolewam do nich wody oraz niebieskiej farbki. Nakładam trochę mikstury na palce. Na jednej z nóg klaczy rysuję koło. Brzmi, jak magia. Bo to jest magia.
- W czym mam Ci pomóc? - słyszę.
Za mną stoi Inez.
- No to teraz się zacznie. – mówię, podając przyjaciółce ogłowie. - Musimy jej to założyć.

- Długo będziemy ją jeszcze lonżować? - pyta Inez.
Zastanawiam się. To już w sumie 2 godzina, a klacz ma nadal pełno energii.
- Już koniec. Teraz na nią wsiądę. - mówię.
Nie mam pojęcia co mi strzeliło do łba. Jestem chyba nienormalna... Ale nie ma odwrotu. Zatrzymujemy klacz. Podchodzę bez wahania do niej. W ręce trzymam metalowy pręt. Light jest wysoka. Piekielnie wysoka. Inez podrzuca mnie, a ja ląduję na grzbiecie konia. Bez siodła. Na dzikiej klaczy, mającej 3 metry wzrostu. Zwariowałam. Zataczam palcami małe kręgi na szyi konia. Inez nadal ją trzyma. Jestem zdenerwowana, ale próbuję się rozluźnić. Bez powodzenia... Pochylam się powoli i zawiązuję na grzywie klaczy supły. Najpierw trzy, potem siedem. Nie wiem czy to działa. Mam taką nadzieję. Biorę wodzę do ręki.
- Możesz ją puścić. - gdy tylko to powiedziałam, zrozumiałam jak wielkim to było błędem. Light ruszyła cwałem. Jestem przerażona, a zarazem zachwycona. Boję się piekielnie, ale czuję, że żyję. Jeżeli ona będzie biegła takim tempem, to wygramy. I właśnie w takich momentach musi się coś spieprzyć. Jedyne co pamiętam to długi lot i bolesny upadek na piasek. Potem chyba zemdlałam.

sobota, 1 czerwca 2013

Alexander

Kiedy się obudziłem od razu wiedziałem, że cos jest nie tak. Po pierwsze nigdzie nie widziałem Leo. Podejrzewałem jednak, że łowca po prostu załatwia tylu członków Rady ilu zdoła. Jednakże oprócz tego zaniepokoiła mnie inna sprawa. Mianowicie z kuchni dochodziły mnie podniesione głosy.
Wstałem szybko i dyskretnie podszedłem do drzwi.
Zobaczyłem Inez i jakiegoś nieznajomego faceta, który w tej chwili wyglądał na nieźle wkurzonego. Pomiatał moją Panią tak, że już chciałem tam wejść i doprowadzić go do porządku. Nie zrobiłem tego jednak bo Inez dawała sobie z nim radę, a poza tym zauważyłem, że w ramionach faceta śpi Maya. Postanowiłem poczekać aż mężczyzna naprawdę przekroczy granice, a na razie jeszcze bardziej przybliżyłem się do drzwi żeby posłuchać o co chodzi….
- To jaki ma Pan plan? – zapytała spokojnie Inez - I mogę wiedzieć jak ma pan chociaż na imię?
- Możesz mi mówić Pierwszy. A Radę zostaw mi. Całą. Bez wyjątków – zapewnił
Nie bardzo wierzyłem, że sam da radę. Inez chyba była tego samego zdania.
- Ale... Naprawdę? - zdziwiła się
- Pilnuj tylko przyjaciół – powiedział sucho - I nie zmuszaj mnie więcej do pierwszych tonu głosu naszej rozmowy.
- Och, przepraszam
- Pamiętasz wczorajszą istotę, której trzasnęłaś drzwiami przed nosem? – zapytał niespodzianie
- Przepraszam po prostu nigdy nie spotkałam takiego stworzenia – wytłumaczyła Inez
- Wiem. Niech Maya ci wyjaśni tylko jakie "takie stworzenie" możesz wpuścić do mieszkania – poinstruował
- Oczywiście – przytaknęła, wstając
Wzięła Mayę od mężczyzny po czym wyszła z kuchni. Mało brakowało a by na mnie wpadła.
- Alex! – zawołała zaskoczona – Co ty tu…? Słyszałeś rozmowę?
- Nie całą – odpowiedziałem cicho – Spokojnie. Nie krzycz Inez. Chodźmy położyć Mayę do łóżka, a potem porozmawiamy
- W porządku – zgodziła się 
Zanieśliśmy Mayę do pokoju i położyliśmy do łóżka. Dziewczynka spała czujnie i kiedy Inez ją kładła przebudziła się i zaczęła płakać. Nie wiedziałem co jej jest, ale było mi jej bardzo żal. Położyłem malej rękę na czole po czym użyłem mocy. Maya najpierw się uspokoiła, a zaraz potem powieki jej zadrgały i główka opadła na poduszkę.
- Będzie mocno spała przez parę godzin – powiedziałem, widząc pytające spojrzenie przyjaciółki
- Dobrze – odetchnęła z ulgą – Potrzebuje odpoczynku po tym co się stało…
- A co się stało? – przerwałem jej
- Ach, przecież ty nie wiesz…-zreflektowała się, a w jej oczach pojawiły się łzy
- Inez powiedz o co chodzi? – zapytałem zaniepokojony
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i wydusiła z siebie:
– Rafaell nie żyje, a Maya była przy nim w chwili śmierci 
- Co?! – zawołałem zszokowany
- Ćśśś – Inez położyła mi dłoń na ramieniu – Bo obudzisz Mayę
- Przepraszam, ale…ehh..opowiedz mi wszystko dokładniej - wyjąkałem
Inez streściła mi wszystko co się działo tej nocy. Kiedy skończyła rozpłakała się z bezsilności i żalu. Bez namysłu przytuliłem ją mocno do siebie i pogłaskałem czule po włosach.
- Będzie dobrze. Zobaczysz – szepnąłem uspokajająco
- Najgorsze, że jeszcze Leo nic o nie wie – wyszlochała wtulona we mnie – Nie wiem jak ja mu to powiem…
- Nie powiesz – przerwałem jej – Zostaniesz z Mayą i resztą w pokoju. Ja do niego pójdę – postanowiłem
- Dobrze – szepnęła
Zanim jednak wyszedłem upewniłem się, że Mayi nie dręczą koszmary, a Inez już się w miarę uspokoiła. Powiadomiłem też Ro i Cavaliadę o tym co się stało. Dziewczyny obiecały, że póki nie wrócę będą miały oko na wszystko wiec uspokojony opuściłem pokój.
Idąc rozmyślałem o wszystkim co się stało. Wiedziałem, że teraz zarówno Inez jak i Maya będą potrzebowały mojego wsparcia i nie zamierzałem ich zawieść. Chciałem jak najszybciej znaleźć Leo żeby przekazać mu wiadomość i wrócić do dziewczyn.
Dotarłem do miejsca potyczek łowcy z członkami Rady. Leo właśnie zajmował się ukrywaniem ciał i zacieraniem swoich śladów. Podszedłem i zacząłem mu pomagać.
- Widzę, że nieźle Ci idzie – zagadnąłem
- Można tak powiedzieć – mruknął – Ale oni się mnożą i to w zastraszającym tempie. A co w pokoju? 
Wiedziałem, że nie pyta o to czy nas znaleźli.
- Źle – odparłem krótko bo wiedziałem, że chłopak nie lubi owijania w bawełnę
Leo zamarł na chwilę, a potem posłał mi pytające spojrzenie
- Czy on…? - zaczął
- Tak, nie żyje – wydusiłem z ciężkim sercem

sobota, 11 maja 2013

Pierwszy łowca

Następnego dnia wróciłem do Iskry. Myślałem, że nie była aż tak przywiązana do tego chłopaka ale gdy zobaczyłem ją po nocy, to moje przypuszczenia okazały się ułudne. Mała była zapłakana z opuchniętymi, czerwonymi oczyma. Widocznie Rafaell był jej bliższy niż przypuszczałem. Teraz jednak najlepszym wyjściem byłoby gdyby o nim zapomniała.
- Chodź do mnie Iskro.- powiedziałem spokojnym głosem a dziewczynka podbiegła do mnie i mocno się przytuliła.
- Ja...- zaczęła drżącym głosem ale już nie skończyła.
- Ci... Spokojnie.- szeptałem kojącym głosem gładząc ją jednocześnie po głowie.- Zapomnij o nim.
- Co?! Nie!- uniosła się.
- Zapomnij o nim na razie.- kontynuowałem jednocześnie przenosząc magicznie ciało chłopaka do swojego świata tak, by się nie spostrzegła- Teraz musisz być silna.
- Ale... ja nie mogę.
- Możesz. Możesz bardzo wiele, ale musisz się postarać.- odparłem biorąc ją na ręce i ocierając łzy.
- Nie jestem tak silna jak się Panu wydaje.
- Prawda. Jesteś silniejsza. Poza tym, wierzę w ciebie a jeśli mam być szczery to praktycznie w nikogo nie wierzę. Jesteś wyjątkiem.
- Naprawdę?- zdziwiła się nadal zostając przy swoim.- Ale we mnie nie warto wierzyć.
- Gdyby nie było warto to po co Leonardo i Rafaell rozprawiali się z Liamem?- zapytałem.
- Skąd Pan wie?
- Wiem więcej niż ci się wydaje.
- Ach...
- Nie zmuszaj mnie abym zmienił zdanie co do ciebie. Nie chcę tego robić.
- Nie wiem... Ja już nic nie wiem... Przepraszam....- powiedziała i oparła głowę o moje ramie płacząc.
-Teraz ty musisz odpocząć i pilnować by starsi nie robili głupstw.
- Starsi?
- Inez, Alex i cała reszta.- wyjaśniłem.- Ale najpierw masz odpocząć.
- Nie wiem...
Przytuliłem Mayę mocniej do siebie. Teraz to ona potrzebowała wsparcia od osób, którym sama je wcześniej dawała. Gładząc ją po głowie wyszedłem z pokoju wprost do kuchni gdzie siedziała dziewczyna nazywana Inez. Bez żadnych zbędnych gierek przedstawiłem jej kilka punktów sprawy. Iskra spała już w moich ramionach, choć łatwo można było ją obudzić.
- Po pierwsze, zajmij się Mayą i siadaj.- zacząłem widząc, że dziewczyna wstaje z zamiarem przejęcia Iskry ode mnie.- Poświęć jej teraz dużo czasu.
- Wiem ale...- wtrąciła się.
- Nie przerywaj mi.- powiedziałem ostro a ton mojego głosu robił się coraz chłodniejszy, niemalże złowrogi.- Jako Przewodnicząca Szkolnej Rady masz także w pewnym sensie obowiązek zająć się szkołą.
- Przepraszam ale... to Pan powiedział Mayi o tym, że Rafaell umrze w nocy?
- Tak.- odparłem zbyt ostro.
- Niech Pan więcej nie mówi jej takich rzeczy. Nie wiem kim Pan jest ale bardzo pana proszę. Była do niego bardzo przywiązana.- wyjaśniła mówiąc coraz ciszej.
- A ty?- zmieniłem nutę.
- Ja? Ale co?
- Gdyby twój anioł był na jego miejscu a ty na jej? Nie chciała byś mieć czasu aby się pożegnać?
- Ale to nie to samo...
- Nie. To nie jest to samo ale jej ta wiadomość była pisana.
- Skąd możesz to wiedzieć?!- krzyknęła tak, że Maya się przebudziła. Na szczęście spojrzała tylko na mnie i znów zasnęła.
- Wiem to. Wiem również ile może być zakończeń tej bitwy. Nie ufając mi skazujesz samą siebie na niemożliwe.
- Jak to?
- Nie myślisz chyba, że jeśli sama stawisz czoła całej Radzie to wyjdziesz z tego cało, prawda?
- Nie zastraszysz mnie.- odparła próbując zachować spokój.
- Nie denerwuj się. Nie jestem aż taki zły jak ci się wydaje. Gdybym był czy Maya spała by spokojnie w moich ramionach? Nie.- powiedziałem uspokajając głos. Dziewczyna odezwała się znów dopiero po jakichś pięciu minutach, nie patrząc mi w oczy.
- To jaki ma Pan plan? I mogę wiedzieć jak ma pan chociaż na imię?
- Możesz mi mówić Pierwszy. A Radę zostaw mi. Całą. Bez wyjątków.
- Ale... Naprawdę?- zdziwiła się a ja nie miałem ochoty sprawdzać, która z wiadomości ją tak zadziwiła. Moja osoba czy skromny plan.
- Pilnuj tylko przyjaciół. I nie zmuszaj mnie więcej do pierwszych tonu głosu naszej rozmowy.
- Och, przepraszam.- zreflektowała się.
- Pamiętasz wczorajszą istotę, której trzasnęłaś drzwiami przed nosem?
- Przepraszam po prostu nigdy nie spotkałam takiego stworzenia.
- Wiem. Niech Maya ci wyjaśni tylko jakie "takie stworzenie" możesz wpuścić do mieszkania.
- Oczywiście.
Dziewczyna była inteligentna więc szybko łapała o co mi chodziło. Zabrała śpiącą Mayę i wyszła z pokoju a ja opuściłem mieszkanie przez okno i zająłem się swoją "pracą" w postaci "takiego stworzenia".



piątek, 10 maja 2013

Maya

Po tym jak Pan nagle rozpłynął się w powietrzu, zasępiona wróciłam do pokoju i usiadłam przy łóżku Rafaella.
Alex i Ro wypytywali mnie o naszego gościa, ale nie miałam ochoty z nimi rozmawiać i opowiadać o nim. Jednak oni nalegali dopóki nie przyszła Inez.
- Och, dajcie jej trochę spokoju! – zdenerwowała się – Przecież od razu widać, że nie ma ochoty na rozmowę
- Ale…- zaczęła Ro
- Proszę – Inez złagodziła ton głosu i spojrzała dziewczynie w oczy
Rozalie westchnęła ciężko i opuściła pokój. Po chwili wyszedł za nią Alex. Kiedy zostałam sam na sam z Inez przyjaciółka podeszła i bez słowa mnie przytuliła. Zdziwiłam się, że nie zadawała mi żadnych pytań, ale jednocześnie byłam jej za to wdzięczna…
Siedziałyśmy tak aż do wieczora. Wreszcie Inez przerwała ciszę:
- Mayu jest już późno, może pójdziesz się położyć? – zaproponowała cicho, pokręciłam głową – Wiem, że chcesz z nim być, ale musisz też odpoczywać – powiedziała łagodnie, głaszcząc mnie po włosach
- Nie teraz – odpowiedziałam – Później odpocznę. Na razie muszę z nim być
- Dobrze – zgodziła się, a po chwili namysłu dodała – Zobaczysz, że niedługo się obudzi
- Nie obudzi się – szepnęłam
- Jak to? – Inez zbladła – Skąd….?
- Po prostu to wiem – ucięłam
Nie wiedziałam dlaczego tak się zachowuje. Dlaczego jestem taka niemiła skoro Inez się o mnie troszczy…o mnie i o Niego….
Zreflektowałam się szybko i powiedziałam:
- Przepraszam Inez. Ja…- urwałam, a dziewczyna znowu mnie przytuliła na znak, że się nie gniewa – Zostaniesz ze mną? Posiedzisz ze mną przy Rafaellu tej nocy? – poprosiłam
- Oczywiście – zgodziła się
Zapadło milczenie.
Kiedy wszyscy po kolei kładli się do łóżek my siedziałyśmy i czuwałyśmy. Przez jakiś czas towarzyszył nam Leonardo, ale w końcu i on gdzieś wyszedł i w pokoju zapadła idealna cisza…..
Nagle Rafaell zaczął się wiercić na łóżku, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Uwolniłam się szybko z objęć Inez i chwyciłam chłopaka za rękę żeby dać mu poczucie bezpieczeństwa. Inez również się poderwała i ruszyła w stronę wyjścia, mówiąc:
- Pójdę po Alexa, on…
- Nie wyleczy Rafaella – przerwałam jej – On umrze. Ja to wiem Inez i teraz najważniejsze jest żeby czuł się bezpiecznie i wiedział, że przy nim czuwamy
Mówiłam to cichym, spokojnym głosem, choć w moim wnętrzu zaczynały się już rozwijać panika i rozpacz. Nie chciałam żeby te uczucia mną zawładnęły. Nie teraz kiedy Rafaell jeszcze żył i potrzebował mojego ciepła i opanowania.
- W porządku – odpowiedziała Inez, miała łzy w oczach – Skoro nie da się mu pomóc to chociaż powiadomię Leo o tym co się dzieje – po tych słowach wyszła z pokoju
Zostałam sama z Rafaellem, który coraz bardziej się rzucał w pościeli. Widać było, że bardzo cierpi. Zaczęłam go głaskać po włosach, jednocześnie cały czas mocno trzymając jego dłoń. Szeptałam też cichym, kojącym głosem:
- Już dobrze… Jestem przy Tobie…Nie jesteś sam….Dasz sobie radę…Wytrzymaj…Już niedługo….- nie byłam pewna czy mnie słyszy, ale chyba tak było bo zaczął się stopniowo uspokajać, a jego oddech stał się miarowy.
Już myślałam, że może Pan się pomylił i Rafaell jednak przeżyje, ale okazało się, że to cisza przed burzą.
Niespodziewanie chłopak dostał jakiegoś ataku. Jego ciało wygięło się w łuk by po chwili opaść bezwładnie na łóżko
- Rafaell..- szepnęłam, sprawdzając mu puls i mając nadzieje, ze to jeszcze nie ta chwila. Niestety nie wyczulam już jego tętna. Nie było też oddechu. Rafaell nie żył.
Pochyliłam się nad nim i pocałowałam go w zimny policzek. Potem położyłam głowę na jego piersi. Nawet nie wiedziałam kiedy z moich oczu popłynęły łzy. Płakałam długo, bardzo długo, aż w końcu nadszedł świt…
- Chodź do mnie Iskro – Zaskoczona uniosłam głowę i zobaczyłam Pana
Podbiegłam do niego i mocno się przytuliłam…

wtorek, 7 maja 2013

Pierwszy Łowca

Siedziałem w ogrodzie pod kwitnącą magnolią gdy nagle usłyszałem trzepot skrzydeł. Trzepot pojawiający się znikąd w dodatku dużego ptaka. Nie musiałem się nawet zastanawiać co to za zwierzę gdyż do tego świata mogła przedostać się tylko Visten. Wyleciała z portalu perfekcyjnie kilka metrów nad moją głową, zatoczyła koło i usiadła naprzeciw mnie. W normalnym świecie była duża ale tutaj jej rozmiar zwiększał się aż pięciokrotnie. W dziobie trzymała małą zwiniętą karteczkę. Mogło to oznaczać tylko jedno. Nadszedł czas aby doprowadzić pewną grupę osób do porządku...
Wiadomość faktycznie była od Iskry. Krótka, treściwa a przede wszystkim szczera. Do sprawdzenia autentyczności wystarczyła sama Visten. Łatwo mogłem zobaczyć wszystko co spotkało dziewczynkę oczami sowy. Ostatnie zdanie wiadomości mimowolnie sprawiło iż kącik mych ust drgnął i uniósł się lekko jakby na znak małego półuśmiechu.
-Przynieś katany.- szepnąłem do sowy jednocześnie kładąc się na trawie. Gdy ptak wykonał moje polecenie, wydałem mu drugie- Idź po kota. Wróć tu i zadecydujcie czy idziecie ze mną.
Visten szybko znalazła kota. Czarna piękność szła dość szybkim lecz wciąż pełnym gracji ruchem pomrukując cichutko. Jednym spojrzeniem przedstawiłem im zarys sytuacji i wydałem krótkie polecenia. Sowa miała mieć wciąż Mayę na oku a kotka miała pilnować jej przyjaciół, podczas gdy ja będę zajęty. Bez zbędnego namysłu podniosłem się z ziemi i przeniosłem nas na granicę oddzielającą teren szkolny. Visten była swych Ziemskich kształtów a kotka rozciągała się pod postacią wielkiej piękności zwanej tutaj pumą. Przeprowadziłem swych pomocników na teren szkolny po czym natychmiast udałem się za sową wskazującą odpowiednie okno. Puma w tym czasie zaszyła się w fragmencie lasu należącego do szkoły sprawiając, że każdy kto służył Radzie już z stamtąd nie wracał.
Wskoczyłem delikatnie na parapet i wszedłem do pokoju. Najważniejsze było by nikt się niczego nie domyślił. Nikt nieodpowiedni. Znajdowałem się w kuchni gdzie przy stole spała Maya. Odsunąłem sobie krzesło obok po czym usiadłem i zacząłem gładzić małą po głowie. Zareagowała dopiero po dłuższej chwili.
-Hm?... To Pan!- krzyknęła przytulając się.
-Melduj.- zażądałem chłodno.
-Co? A no tak. Bo ja...- zamilkła spuszczając głowę.
-Ilu ich jest?- zapytałem konkretniej chcąc jej pomóc zacząć.
-Nie wiem. Ja nie wiem o kogo Panu chodzi.
-O Radę.- ciągnąłem dalej. Nie lubiłem rozmawiać ale w takich chwilach było to konieczne.
-Och... Naprawdę nie wiem. Wszystko co wiem napisałam w liście.- zasmuciła się.
-Rozumiem.
-Proszę Pana pomoże Pan mojemu przyjacielowi?
-Nie mogę zbyt mocno ingerować w losy tutejszego społeczeństwa.
-Ale tu chodzi tylko o niego.- szepnęła a w oczach zabłysły jej łzy.
-Mayu. Wiem, że chodzi o jedną osobę ale czasem jedna osoba potrafi zmienić wynik danej sprawy. Nasze wcześniejsze spotkanie całkowicie zmieniło wynik tego starcie choć zbyt wiele osób się tego nie domyśla i niech tak pozostanie. Najpierw muszę zlikwidować Przewodniczącego Rady, potem posprzątać troszkę waszą szkołę z jej członków a resztą zajmiecie się sami.- powiedziałem dziwiąc się z tak długiej wypowiedzi, choć nie dałem tego po sobie poznać.
-Kogo?- zdziwiła się. Po chwili poprawiła dodała jednak.- Już rozumiem. To ja Panu pomogę.
-Nie.
-Dlaczego?
-Będziesz przy przyjacielu. Szczególnie dziś w nocy.
-Ale dlaczego?- dopytywała się a ja nie do końca byłem pewny czy powinienem powiedzieć jej prawdę czy zachować ją dla siebie. W końcu jednak podjąłem decyzję.
-Obiecaj, że zachowasz spokój.
-Obiecuję.- odparła bez namysłu.- Więc powie mi Pan czy nie mogę wiedzieć?
-Twój przyjaciel umrze dziś w nocy. Nie będzie to dla niego szybka i bezbolesna śmierć, wręcz przeciwnie. Mam więc dla ciebie dwa wyjścia: Albo zostaniesz z nim, dając mu poczucie bezpieczeństwa, albo skrócę jego cierpienie szybko i bezboleśnie.- oznajmiłem głosem wypranym z emocji.- Jeżeli wybierzesz drugą opcję to na pewno nikomu nie będziesz mogła powiedzieć choć słówka, szczególnie jego słudze.- dodałem kończąc wypowiedź.
Maya niespodziewanie zbladła spuszczając wzrok. Splotła palce dłoni na kubku stojącym przed nią po czym po chwili na stół zaczęły spadać jej łzy.
-Ja...- odezwała się po chwili zdławionym głosem.- Ale ja...
-A więc?
-Ja go nie umiem zabić...- jęknęła rozklejając się. Westchnąłem w duszy widząc co Maya przeżywała wewnątrz i delikatnie wziąłem ją na ręce, po czym dziewczynka mocno się do mnie przytuliła.
-Iskro. Nić ludzkiego życia jest cieniutka i ciągle ociera się o różne ostre rzeczy. Jednak jeżeli wygra walkę z nimi to w ostateczności i tak zostanie przerwana. Obiecuję, że zobaczę czy tą nić da się naprawić.
-Nie rozumiem... - szepnęła ale byłem pewny, że gdy przemyśli to na poważnie, to szybko wpadnie na rozwiązanie.
-Jest jeszcze jedna sprawa.
-Jaka?- zapytała coraz słabszym głosem.
-Nie atakuj stworzenia wyglądającego jak wilk z dziewięcioma ogonami. Ale sprawdź najpierw czy będzie miał czarną gwiazdkę na prawej przedniej łapce.
-Dlaczego?
-Będę cię pilnował. - mruknąłem wchodząc do innego pokoju gdzie spała jakaś dziewczyna. Posadziłem Iskrę obok niej.- Kto to?
-Inez. Nie jest wrogiem. Opiekuje się mną i Eve.- wyjaśniła ocierając łzy ale wciąż pojawiały się nowe.
Niepostrzeżenie posłałem śpiącej dziewczynie impuls energii, który powinien wystarczyć jej aby mogła zaopiekować się Iskrą, wstrząśniętą moimi słowami. Następnie opuściłem pokój pod postacią wcześniej umówionego stworzenia i ruszyłem przetrzebić siły Meriterego.

http://fc02.deviantart.net/fs70/i/2010/093/5/f/Ninetales__by_2D75.jpg

Nie było to specjalnie trudne lecz czasochłonne. Musiałem wszystko upozorować tak by wyglądało na robotę przyjaciół Mayi, którzy w tym samym czasie robili to samo. Gdy wybiła jednak godzina dziewiętnasta, wróciłem pod drzwi pokoju gdzie znajdowała się dziewczynka. Pechowo jednak otwarła mi Inez.
-Alex!!- wrzasnęła trzaskając drzwiami. - Alex co to jest!?- pytała kogoś.
-Mówiłem abyś odpoczywała.
-Ale drzwi... Tam taki... Co to w ogóle jest?
-Nie masz gorączki?- zapytał ją niespodziewanie głos z którym rozmawiała. Nie miałem ochoty czekać więc mentalnie otwarłem drzwi na oścież.
-Zakluczyłam je!- wrzasnęła a na korytarz wpadła zdezorientowana Maya. Udałem zwykłe zwierzątko i przewróciłem się na plecy pokazując spód łapki tak by Iskra widziała gwiazdkę a reszta myślała, że chcę się bawić.
-To mój znajomy.- powiedziała smutno jakby nadal przeżywała to co jej powiedziałem, po czym podeszła do mnie. Nie dotknęła mnie jednak gdyż jakiś białowłosy anioł zabrał ją szybko.
-Zostaw go, albo ją... Co to w ogóle jest?
-Spotkałam go... w lesie. Jest płci męskiej. Zostanie z nami dobrze?
-Nie. Ro przyjęła nas a na dodatek ma brać tego... zmutowanego wilka?
-Zostaje!- wrzasnęła Maya wyrywając mu się z uścisku. Objęła mnie mocno i wtulona w futro wyszeptała- Już rozumiem. Mam nadzieję, że się Panu uda.
Widząc reakcję przyjaciół dziewczynki postanowiłem zmienić się w człowieka i nie robić jej więcej kłopotów. Gdy to zrobiłem, anioł i dziewczyna wytrzeszczyli na mnie oczy. Delikatnie pogłaskałem dziewczynkę po głowie mówiąc.
-Pamiętaj. Dzisiejsza noc. "Jutro znów sprawdzę jak się czujesz."- dodałem mentalnie rozpływając się w powietrzu.
Znalazłem się w lesie pod postacią maleńkiego zwierzątka, którego nic nie mogło wytropić.