środa, 26 czerwca 2013

Pierwszy łowca

Zostawiwszy Mayę w dość dobrych rękach udałem się rozprawić ostatecznie z Radą. W tym celu poszedłem wprost do pokoju gdzie znajdowała się dziewczyna zwana Inez. Nie chcąc jej straszyć, zjawiłem się w kuchni pod ludzką postacią uspokajając ją od progu:
-Siedź. To tylko ja.- powiedziałem a dziewczyna dziwnie się skrzywiła.- Nie martw się Maya jest w dobrych rękach.
-Naprawdę?- zdziwiła się.
-Tak. Jest z Leo.
-Oł...- mruknął anioł obok.
-A gdzie są?- zaczęła dopytywać się kotołaczka.
-Chodź ze mną a dowiesz się wszystkiego.
-Ej! Moment... Jej nie mogę pozwolić zabrać!- uniósł się anioł.
-Dlaczego?- zapytałem.
-Nie pozwolę jej skrzywdzić.
-Alexie... Będziesz potrzebny gdzie indziej.
-Że co?!
-Tak. Wraz z Inez zbierzcie pozostałych uczniów szkoły i zacznijcie zwalczać, jak to się Leo wyraził "Podróbki". My zajmiemy się resztą.- powiedziałem spokojnie uśmiechając się przy tym lekko.- To już prawie koniec.
-Ale...- anioł wciąż był niezdecydowany.
-Alex tak będzie najlepiej.- uspokoiła go jego kontraktorka.
-Więc idziemy.- mruknąłem do kotołaczki. Chwyciłem ją za rękę i jakby nigdy nic, wyszliśmy sobie z mieszkania.

-Maya jest z Leo naprawdę czy Pan blefował?- zapytała idąc czujnie obok mnie. Byliśmy w ogrodzie.
-Mówiłem prawdę. Zaczekaj tu chwilę.- poleciłem po czym zacząłem iść w powietrzu. Niewidzialne schody prowadziły wprost na dach. Będąc już na nim powoli wszedłem do kryjówki Iskry. Spała a łowca leżał obok czuwając, gdy mnie zobaczył, natychmiast wstał i skłonił się nisko.
-Panie... - zaczął nieco zachrypnięty.
-Przeszło jej?
-Tak.- mówił nadal ze spuszczoną głową.
-Dlaczego nie spojrzysz mi w oczy?- zapytałem.
-Nie powinienem.
-Dlaczego tak uważasz?
-Bo... przynoszę wstyd. jestem tylko podróbką łowcy...- przyznał.
-Na jakiej podstawie do tego doszedłeś?
-Ja przepraszam ale...- urwał a ja się uśmiechnąłem.- Ja lepiej pójdę z Iskrą do swojego pokoju.
-Dobrze. Zostaw ją tam wraz z jej kotołaczką i ruszaj do walki.
-Słucham?- zdziwił się unosząc głowę lecz od razu ją opuścił.
-Tak. Masz iść walczyć. Nic już nie stracisz według twojego mniemania. Może przekonasz się, że jest inaczej? Ruszaj.
-Tak jest.- mruknął podnosząc Mayę zawiniętą w kocu jak w kokonie, po czym ruszył na dach.
Tam kazałem mu zejść drugą stroną dachu. Eve nie zobaczyła jeszcze przyjaciółki więc nadal była pełna zapału do jej szukania. Jednym dużym skokiem znalazłem się przy niej.
-Jak Pan to zrobił?- zapytała.
-Są rzeczy, o których nikt nie wie.- mruknąłem z uśmiechem. -Biegnij do głównego wejścia. Leo odprowadzi was do swojego pokoju. Będzie on zabezpieczony tak, że nikt was tam nie skrzywdzi. Potem zostawi was same i uda się walczyć wraz z innymi. Rozumiemy się?
-Oczywiście!- odparła puszczając sie pędem.

Ja w tym czasie przeniosłem każdego członka z całej Rady, oprócz ich sług, do swojego świata. Tam chciałem się rozprawić z każdym z osobna tak, by poczuł ból, który sam zadał. Zamknąłem ich żywcem w czymś podobnym do Czyśćca... Podobnym, gdyż o wiele gorszym.
-Obiecuję ci, że cię dorwę!- wrzasnął jeden z nich.
-Samuelu Meritere, dobrze wiesz, że cię tam zamknąłem na wieki i już stamtąd nie wyjdziesz.
-Ha ha ha! Zobaczymy! Ja ci jeszcze pokażę! Sam mnie wypuścisz!
-Okaże się.- uśmiechnąłem się po czym zamknąłem bramę.
Wróciłem spokojnie do swojego domu gdzie czekała na mnie inna sprawa. Zanim ostatecznie zgładzę Radę, musiałem spełnić swoją obietnicę. Musiałem spróbować oddać Mayi przyjaciela.
Nie lubiłem wchodzić do świata dusz. Szansa na odnalezienie odpowiedniej była znikoma ale była...
Usiadłem po turecku w ogrodzie i zacząłem otwierać sobie mały portal. Nie mógł być zbyt wielki, gdyż inne dusze mogły by spróbować namieszać mi w planach. Zacząłem szukać jednej jedynej. Po godzinie stwierdziłem, że plan jednak jest niewykonalny. Potrzebowałem czegoś co odróżni go od innych. postanowiłem poprosić o pomoc samą Iskrę.
-Mayu, jesteś mi potrzebna.- wyszeptałem używając odpowiedniego zaklęcia tak, że tylko ona słyszała mnie w swoich myślach.
-Ja? Ale po co?- zakrzyknęła zdziwionym głosem w swoich myślach.
-Musisz kogoś dla mnie wezwać.
-Ale jak? Nie rozumiem o co Panu chodzi...
-Wezwij go tak aby się przed tobą stawił. Tak by tylko on cię usłyszał, tylko on cię zrozumiał.
-Ale jak!- usłyszałem przerażony głos dziewczynki.
-Pomyśl. Potem idź do lustra w łazience i go wezwij. Nie wchodź jednak do niego.
-No dobrze...- mruknęła a ja zerwałem czar.
Wstałem i wszedłem do jednego z pokoi. Na ścinach i suficie były lustra a pośrodku leżało ciało chłopaka za którym mała tak tęskniła. W jednym z lustr otworzyłem sobie wgląd w pokój gdzie się znajdowała. Siedziała na łóżku, skupiona jak nigdy.
-Jak ja mam to zrobić?- zapytała nagle towarzyszkę.
-Ale co?
-Nie słyszałaś?
-Czego?
-Pan kazał mi przywołać Rafaela ale ja nie wiem jak! Nigdy tego nie robiłam!
-Eeee... Mayu jesteś zmęczona. Powinnaś odpocząć.- odparła poważnie Eve mierząc Mayę wzrokiem.
-Ach! Eve! Ale ja muszę... a nie wiem jak...- odparła nerwowo Iskra spuszczając głowę.
-Jeśli mam być szczera to nie rozumiem o co ci chodzi. Jeżeli słyszysz głosy to nie jest zbyt dobrze z tobą. Powinnaś...
-Wiem! Odpocząć!- przerwała kotołaczce.-Mam! jesteś genialna!- zakrzyknęła po chwili pędząc do łazienki.
Stanęła przed lustrem po czym zatrzymała otwartą dłoń tuż przed nim.
"Brawo... Teraz tylko go wezwij a będzie dobrze..." pomyślałem. Ale małej zabrakło głosu. Po policzkach popłynęły jej łzy a ręka zaczęła się trząść.
-Dasz radę.- mruknąłem przenosząc się do niej. Stanąłem tuż za nią i położyłem jej ręce na ramionach. -Wierzę w ciebie.
Maya uśmiechnęła się a ja otwarłem jej portal na lustrze.
-Rafael...- zaczęła drżącym głosem.
-Musisz zrobić to głośno. Musi cię usłyszeć.- poleciłem jej.
-Ale tam są tylko szare dymiące kule latające w spirali w dal!
-Znajdź więc tą jedyną.
-Ach... No dobrze...- westchnęła po czym dodała silnym głosem- Rafael! Boje się! Miałeś mnie bronić od koszmarów! Gdzie jesteś!
-Bronić od koszmarów?- zapytałem nieco zdziwiony.
-Obiecałeś!- dodała krzykiem.- Miałeś tu być... Miałeś mnie przytulić!- rozkleiła się.
-Mayu...- zacząłem widząc, że to nie zdało rezultatu.
-Obiecał... mnie mnie bronić... Obiecał!- krzyknęła wtulając się we mnie. Kotołaczka natomiast stała w progu łazienki patrząc na nas jak na obłąkanych.
-Ci... Już dobrze...- mruknąłem pocieszająco chcąc zamknąć portal ale w tym samym momencie jedna z kul zatrzymała się tuż przy lustrze. Stanowczym ruchem ręki wyjąłem ją z niego i zamknąłem przejście. W tym świecie kula była perfekcyjnie biała i zimna. Przypominała blaskiem gwiazdę zdjętą z nieba.- Mayu możesz być z siebie dumna.
-Że co?!- pisnęła- Przecież nawali...- zaczęła podnosząc głowę.-Co to? Miałam wołać Rafaela a nie...
-Spokojnie. Jeżeli nie uda mi się go przywrócić do życia to obiecuję, że nie będzie cierpiał tak jak tam.
-Dobrze. Więc niech Pan już idzie.- poprosiła.
Uśmiechnąłem się i zostawiłem dziewczynki same. Więź między poszczególnymi uczniami tej szkoły była tak duża, że byli się oni w stanie odnaleźć w innych wymiarach.

Stanąłem nad ciałem chłopaka i zacząłem powoli przesiewać sobie jego duszę przez palce. Spadając zamieniała się w pył, który bez śladu niknął w trupie. Przywracanie ludzkiego organizmu do życia było żmudne i męczące. Przywróciłem chłopakowi również wspomnienia, wszystkie zmysły oprócz mowy, której nie byłem w stanie mu oddać. Wyrwanych strun nie mogłem wstawić. Dałem też nieco energii. Musiał jednak jeszcze dojść do siebie. nie chciałem by odzyskiwał przytomność tutaj, lecz w swoim pokoju, wśród przyjaciół, chociażby przy Mayi. Wziąłem więc go na ręce i przeniosłem się do pokoju gdzie znajdowała się Iskra. Było już późno w nocy więc położyłem chłopaka obok niej a w jej dłoń wsunąłem maleńką karteczkę, usprawiedliwiającą biały kolor tęczówek chłopaka i słabość jego organizmu.
"Nie wolno go leczyć magią. Musi sam odzyskać siły. Oczy również odzyskają swój kolor, daj mu trochę czasu."
Zostawiwszy tak Rafaela w dobrych rękach dałem Mayi całusa w czoło budząc tym po czym rozmazałem jej się przed twarzą znikając.
Teraz nadszedł czas na znęcanie się nad Radą, nadszedł czas na nową Radę.

wtorek, 25 czerwca 2013

Leonardo

-Panowie, czy to ładnie tak traktować małą dziewczynkę?- zapytałem drwiąco widząc co "Zacna Rada" wyczynia z bezbronnym dzieckiem.
-O... Jak pięknie. Dwoje na raz.- uśmiechnął się mężczyzna.
-Pewnie. Wraz z kolegą zaraz dostaniecie po mordzi* i będzie spokój.- wypaliłem chociaż wiedziałem, że wcześniej to ja oberwę od nich.
-Nie rzucaj się tak. Samuel Meritere powiedział, że rozprawi się z tobą raz a porządnie, kończąc jednocześnie to co zaczął.- odparł mężczyzna podciągając rękawy czarnego płaszcza. Jego towarzysz nie zrobił tego, gdyż trzymał zgiętą z bólu Mayę.
-Cholerni...- zacząłem ale nie skończyłem. Wkurzony na palantów bez żadnego ostrzeżenia zacząłem strzelać do nich materią.
Robiąc to zszokowałem sam siebie... Myślałem, że to i tak nic nie da ale jak się okazało biała materia ich raziła. Nie tak jak kiedyś...
"Zasrańcy, wzmacniali się czarną magią..." pomyślałem po czym podbiegłem do dziewczynki.
-Żyjesz?- zapytałem delikatnie podnosząc ją z ziemi. Delikatnie jak na mnie.
-Ał...-jęknęła ze łzami w oczach.
-Czym cię zaatakowali?- zacząłem wypytywać.
-Nie wiem... ja... nie widziałam!- pisnęła krzywiąc się.
-Aż tak boli?
-Tak!- wrzasnęła po czym zaczęła płakać. Wyjąłem magazynek i dałem jej jeden nabój z białą materią.
-Trzymaj go przy sobie dopóki nie stanie się przezroczysty.
-Po co...- jęknęła. Wziąłem ją na ręce i ruszyłem w stronę szkoły.
-Zapewne zaatakowali cię czarną magią więc biała powinna ją wchłonąć, teoretycznie.
-Teore... och...
-Nawet cię upilnować nie umieją.- mruknąłem chcąc zmienić temat.
Starałem się iść nie za szybko lecz również nie za wolno a jednocześnie tak by nikt nas nie zauważył. Musiałem znaleźć miejsce do odpoczynku, gdzie mógł bym się zając Mayą. Wybrałem fragment strychu. Można tam było wejść jedynie przez dach a samo pomieszczenie nie było naniesione na żadnej z map szkoły, które widziałem.
Do szkoły dotarliśmy bez przeszkód. Gorzej było wejść na dach.
-Musisz się mnie mocno trzymać.- poleciłem jej.
-Nie mam siły...
-Masz i nie gadaj.
-Nie mam.- upierała się.
-Więc Rafaell umierał na próżno?- zapytałem ją. Wiedziałem, że po tych słowach dziewczynka chociażby spróbuje.
-Ale tylko chwilę. Dłużej naprawdę nie dam rady.- odparła po dłuższym namyśle.
-No widzisz. A mi ta chwila wystarczy.- mruknąłem poprawiając ją sobie na rękach. Usadziłem ją tak, że trzymałem ją tylko lewą ręką. Prawa była mi potrzebna do wspinaczki.
Ruszyłem po gzymsie w górę. Początkowo małą chowała głowę w moim ramieniu ale zaś jakby się przełamała i zaczęła obserwować zmęczonym wzrokiem co robię. Gdy byliśmy już prawie na dachu, mruknąłem.
-Teraz musisz się mnie mocno trzymać. Potrzebuję obu rąk by przejść za rynnę dachu tak byśmy nie spadli i jej również nie urwali.
-Ale... tu jest tak wysoko...- szepnęła.
-Jesteśmy już prawie na górze.
-Boję się...
-Mayu, zgodziłaś się. Teraz nie ma odwrotu. Dalej, Rada idzie!
-Ale...
-Bez ale mi tu!
-Bo...
-Mayu do choler*! Mamy tylko do przejścia niecałe trzy metry, nachylone tak do ziemi tak, że z jedną ręką z grawitacją nie wygram. Musisz się trzymać!
-Dobrze...- jęknęła i objęła mnie mocno nogami i rękoma. Wiedziałem , że jest słaba więc starałem się wspiąć jak najszybciej. Na szczęście się udało. Gdy tylko znalazłem się na dachu, natychmiast złapałem mocno dziewczynkę i pomknąłem jak najszybciej do kryjówki.

-Ał...- jęknęła kiedy kładłem ją na podłodze.
-Spokojnie, już jesteśmy na miejscu.- mruknąłem rozglądając się.
-Dlaczego nie zabrałeś mnie do Alexa?- zapytała nagle patrząc na mnie zapłakanymi oczyma.
-Mam być szczery?- zapytałem a ona kiwnęła lekko głową potakując.- Bo dał dup*. Miał cię pilnować a nie...
-Nie jego wina, to ja...- powiedziała po czym wrzasnęła z bólu. Ledwo zdążyłem zasłonić jej usta dłonią.
-Weź jeszcze dwa.- mruknąłem wciskając jej kolejne naboje. Mała wzięła je do ręki po czym oddała mi pierwszy nabój, który jak się okazało stał się czarny.- Widzisz? Działa.
-Ale boli...- szepnęła zwijając się w kulkę. Usiadłem obok niej i okryłem swoją bluzą.
-Jeszcze trochę i ci przejdzie.
-Yhm...- mruknęła przymykając oczy. Po kilku minutach znów się odezwała.- Dlaczego mnie uratowałeś?
-Ech, to skomplikowane.
-Powiedz.
-Po prostu jestem to winny Rafaelowi. A teraz pozwolisz, że pomilczę bo i tak zużyłem już tygodniowy limit słów.
-Tygod... Że co?
-Nic. Śpij.
-Leo... nie jesteś zły... ja to wiem...- zaczęła znowu po jakichś dziesięciu minutach ciszy.
-Miałaś spać.
-Ale...
-Śpij.
-Tu jest zimno i twardo.- skrzywiła się.
-A boli?
-Już nie tak bardzo.
-No właśnie. Dobranoc.- mruknąłem. Przez cały dzień udawałem, że nic się nie stało i zaczynało mi już brakować ochoty na cokolwiek.
-Ale Leo, ja wiem, że...- zaczęła ale nie skończyła wziąłem ją na ręce i przycisnąłem delikatnie do piersi, okrywając jednocześnie bluzą.
-Teraz masz miękko i ciepło. Dobranoc.- mruknąłem już nieco zirytowany.
-Ach, z tobą...- odparła przymykając oczy.
Nawet nie wiedziała co tą krótką wypowiedzią zrobiła. Tak bardzo mi się z nim kojarzyła... Tak mi go brakowało... Odruchowo przytuliłem dziewczynkę do siebie. Zasnęliśmy oboje.

W nocy "coś" nagle przerzuciło mnie z jednego końca pomieszczenia na drugie. Maya dziwnym trafem nawet nie zauważyła, że śpi na podłodze. Impet z jakim napastnik we mnie uderzył, sprawił, iż broń wyślizgnęła mi się z rąk. Leżałem więc pod jakąś istotą w półmroku, nieuzbrojony, a na dodatek ciężar ciała stworzenia przyduszał mnie do ziemi tak, że nie mogłem nabrać powietrza do płuc. Dziwne pazury wbijały mi się w ręce. Niesamowicie istota kojarzyła mi się z dużym kotem, choć nie wiedziałem dlaczego... Po dłuższej chwili stwór zaczął powoli i jakby degustacyjne zamykać paszczę w okół mej szyi. Czułem każdy ząb, który wbijał mi się wszyję.
-Nie...- jęknęła nagle Maya. Obudził ją dziwny charkot stwora.- Zostaw go proszę...- zaczęła szeptać po czym niespodziewanie wyjęła cały magazynek białej materii z broni, który rozświetlił pomieszczenie. Próbowała się do mnie dobrać... puma! Co najmniej trzy razy większa od normalnej!
-Zostaw go, on jest przyjacielem!- pisnęła dziewczynka.
-Kimori, Maya ma rację. Puść Leonarda i idź się najeść czymś innym.- mruknął nagle ktoś, kto pojawił się znikąd za dziewczynką. O dziwo, wielki kot posłuchał.
-Proszę Pana... Co to było?- zapytała go dziewczynka.
-Kimori to ten kot, za którym poszłaś na strych, gdy się bawiłaś.
-Ale ten kotek był malutki!
-Ale to inny świat.- odparł spokojnie mężczyzna a ja wytrzeszczałem na niego oczy...- Nic ci nie jest?- zapytał się mnie nagle.
-Nie.- odparłem spuszczając nisko głowę.
-To dobrze. Zajmij się Mayą. Z tego co widziałem, to masz naprawdę ciekawe pomysły moja droga.- mruknął mierząc ją wzrokiem.
-Przepraszam.- odparła dziewczynka tuląc się do niego.
Mężczyzna wyjął nagle zza pleców gruby, duży koc po czym dał do Mayi i zniknął tak jak się pojawił.
-Nie mówiłaś, że...- zacząłem.
-Nic ci nie jest?
-Nie. A ciebie boli nadal?
-Nie. Jeden nabój zrobił się czarny a jeden przeźroczysty, tak jak mówiłeś.- odparła z uśmiechem. Przyciągnęła do mnie koc i broń po czym ułożyła się przy mnie wygodnie. Objąłem ją ramionami i otuliłem kocem. Był niewiarygodnie miękki i ciepły. Całą noc leżałem tak przy niej bijąc się z myślami. Tak bardzo tęskniłem za swoim panem...

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Maya

Obudziłam się wczesnym popołudniem. Wstałam cicho i przeszłam do salonu gdzie siedzieli wszyscy moi przyjaciele. Byli bardzo zdenerwowani i zasmuceni. Byli tam wszyscy oprócz….
(…)
- Inez i Cav mają kłopoty – powiedziała cicho Eve – Niro musimy szybko do nich iść – Elfka kiwnęła tylko głową
- Pójdę z wami – zaproponował Alex
- Nie! – zaprotestowały dziewczyny
- Ale ja muszę pomóc Inez! – upierał się – Poza tym Cav to Kontraktorka mojego najlepszego przyjaciela i podczas jego nieobecności czuję się za nią odpowiedzialny. Muszę im pomóc!
- I pomożesz – powiedziała cicho Nira – Przygotujesz tu wszystko na trzeba, a kiedy przyjdziemy tu z Cav oboje się nią zajmiemy.
- No…w porządku – anioł zgodził się po krótkim namyśle
Nira i Eve szybko wstały i wybiegli z pokoju.
Podczas gdy reszta siedziała w milczeniu i patrzyła w ślad za wychodzącymi ja wpadłam w panikę. Najpierw Rafaell umarł, a teraz Inez i Cavaliadzie grozi niebezpieczeństwo! Nie mogłam ich też stracić. Musiałam szybko upewnić się, że nic im nie będzie.
Jak najprędzej się dało przebrałam się i doprowadziłam do porządku po czym spróbowałam wykraść się na palcach z pokoju. Dobrze wiedziałam co by się stało gdyby ktoś….
- Maya, gdzie ty się wybierasz?
Odwróciłam się zaskoczona. Za mną na wózku siedziała przygnębiona Rozalie. Miała podkrążone oczy i ogólnie wyglądała na zmęczoną, ale w jej spojrzeniu zobaczyłam cos co powiedziało mi, że nie puści mnie nigdzie samej. Nie mogłam jej więc prosić o pozwolenie bo dobrze wiedziałam jaka będzie odpowiedź. Nie miałam też czasu przekonywać jej by dobrowolnie mnie wypuściła. Musiałam zastosować inny sposób.
Bez słowa ruszyłam więc biegiem do drzwi i już po krótkiej chwili wypadłam z pokoju na opustoszały korytarz. Nie zatrzymałam się jednak ani na chwilę bo za sobą cały czas słyszałam krzyki Rozalie, która najwyraźniej zorientowała się już dokąd biegnę.
- Maya! Wracaj! Tak im nie pomożesz!
Zdyszana zatrzymałam się dopiero przy wyjściu ze szkoły gdzie krzyki Ro już do mnie nie docierały. Zaczęłam się zastanawiać gdzie mogły być Inez i Cav. W skrawku rozmowy, który podsłuchałam nie było na ten temat żadnych informacji.
„Trudno” pomyślałam „Będę musiała ich po prostu poszukać”
Wzięłam głęboki oddech i wyszłam na szkolny dziedziniec i jak się okazało prosto w ręce ludzi z tej dziwnej Rady. Jeden z nich szybko chwycił mnie i zatkał dłonią usta żebym nie mogła krzyczeć. Wyrywałam się, gryzłam, kopałam i szarpałam się aż wreszcie facet stracił cierpliwość i potraktował mnie zaklęciem od którego nie dość, że nie mogłam się ruszyć to jeszcze wszystko tak strasznie mnie bolało.
Niemal natychmiast do oczu napłynęły mi łzy bólu i rozpaczy…
Nie wiedziałam co teraz ze mną będzie. Przecież Pan mówił, żebym na siebie uważała, a ja tak głupio się wystawiłam. Zawiodłam go i to było okropne, a najgorsze, że nawet nie mogłam go teraz wezwać….
Moje ponure rozmyślania przerwały nagle znajome kroki, a do mojego serca napłynęła nowa nadzieja. To był Leo! Tak, na pewno to musiał być on!
 Jakby na potwierdzenie moich myśli usłyszałam znajomy, lekko drwiący głos.
- Panowie, czy to ładnie tak traktować małą dziewczynkę?

czwartek, 20 czerwca 2013

Inez

- Cavaliada! – krzyknęłam przerażona, podbiegając do przyjaciółki.
Próbowałam ją ocucić, ale mi się nie udało. Chciałam zanieść ją z powrotem do pokoju gdzie mogłaby się nią zająć Nira, ale przeszkodziła mi Light.
Klacz wierzgała, kopała i stawała dęba. Musiałam ją jakoś ujarzmić. Chwyciłam lonżę i zaczęłam ciągnąć Light w kierunku stajni. Klacz opierała się i kilka razy wylądowałam przez nią w błocie, ale wreszcie udało mi się ją zamknąć w jej boksie.
Upewniwszy się, że klacz nie ucieknie pobiegłam z powrotem do Cavaliady. Dziewczyna akurat otworzyła oczy.
- Inez – szepnęła
- Cav! – odetchnęłam z ulgą – Wszystko w porządku?
- Nie – jęknęła dziewczyna – Chyba się połamałam w paru miejscach i strasznie mnie boli głowa…
- Muszę Cię szybko zabrać do pokoju – powiedziałam stanowczo
Jednak kiedy spróbowałam choćby ruszyć przyjaciółkę ta krzyknęła i zwinęła się z bólu. Zrozumiałam, że nic z tego nie będzie. Musiałam wymyślić cos innego, zwłaszcza, że w szkole nadal grasowały podróbki prawdziwych uczniów. Nie mogłam pozwolić żeby znaleźli Cavaliadę…
Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł.
- Kira! – zawołałam w myślach
Wilczyca odpowiedziała niemal natychmiast.
- Tak pani?
- Skontaktuj się z Eve i przekaż jej żeby razem z Nirą przyszła do stajni – poleciłam
- Dobrze – odpowiedziała po czym nastąpiła chwila ciszy – Już idą – odezwała się wilczyca
- Dziękuję – odetchnęłam z ulgą po czym znowu pochyliłam się nad Cavaliadą
Zbadałam jej złamania i usztywniłam je żeby dziewczyna nie sprawiała sobie dodatkowego bólu. Kiedy skończyłam Cav nadal była bardzo blada…
- Nie wiem jak mam Ci pomóc – jęknęłam bezsilnie – Musimy poczekać na Eve i Nirę
- Nie przejmuj się – Cav próbowała mnie pocieszyć – Wytrzymam
- Mam tylko nadzieję, że…- zaczęłam, ale przerwał mi nieznajomy, nieprzyjemny głos
- No no no. Kogo my tu mamy! – odwróciłam się zaskoczona i zobaczyłam przed sobą kopie Alexa i Diva – Widzę, ze wykonaliście część naszego zadania – zadrwił fałszywy Alex – Mieliśmy was pozabijać i już nie wiele do zrobienia nam zostało
- Tak wam się wydaje? – zapytałam chłodno, sięgając do amuletu tarczy
- No chyba nie jesteś tak głupia żeby myśleć, że jest inaczej – zadrwił fałszywy Div po czym dodał pogardliwie, patrząc na leżącą Cavaliadę – Przecież ją wystarczy tylko dobić
- Ale najpierw musicie się do niej dostać – odparowałam – A ja nie zamierzam wam na to pozwolić!
- Pozwolisz, pozwolisz – nie-Div uśmiechnął się drwiąco – Jak będziesz martwa to na wszystko pozwolisz
- Więc spróbujcie mnie uśmiercić – zachęciłam 
Obaj podbiegli do nas, ale kiedy byli za blisko moja tarcza ich odrzuciła. Upadli na ziemię kilkanaście metrów dalej.
- Ty !@# - zawołał rozwścieczony nie-Alex – Jeszcze się z Tobą rozprawię! Jeszcze Cię dopadnę!
- Zobaczymy – powiedziałam spokojnie, patrząc mu w oczy
Klon zaklął głośno po czym dal znak swojemu kompanowi i razem opuścili plac. Przez chwilę patrzyłam w slad za nimi. Kiedy zniknęli mi z oczu na placu zapanowała idealna cisza. Przerwała ją Cavaliada.
- Inez – jęknęła cicho – Jest coraz gorzej
- Zaraz przyjdzie Nira – szepnęłam uspokajająco – Wytrzymaj jeszcze trochę
- Nie oto chodzi – zaprotestowała Cav
- Więc o co?
– Zostaw mnie tu – szepnęła przyjaciółka
- Co? Nie! – powiedziałam ostro – Nawet nie ma mowy!
- Ale…
- Albo wracamy razem albo żadna z nas nie wraca – przerwałam stanowczo
W tym samym momencie usłyszałam znajome wołanie Eve:
- Już jesteśmy Inez! – dziewczynka biegła w moją stronę, a tuż za nią podążała Nira
- Co z Cavaliadą? – zapytała elfka
- Kiepsko. Musimy jak najszybciej zanieść ją do pokoju – wyjaśniłam
- Dobrze, już się nią zajmę – odpowiedziała krótko Nira po czym ostrożnie wzięła ranną na ręce.
Cav krzyknęła przeraźliwie, a potem zemdlała z bólu. Nira pobiegła do pokoju tak szybko, że nie ani ja ani Eve nie byłyśmy w stanie jej dogonić i zostałyśmy bardzo z tyłu.
W końcu jednak i my dotarłyśmy do pokoju Rozalie. Zobaczyłyśmy jak Alex i Nira zatroskani krzątali się wokół nieprzytomnej Cav. Nie chciałyśmy im przeszkadzać więc przeszłyśmy do kuchni gdzie siedziała zapłakana Ro. Pocieszyłyśmy ją jak mogłyśmy, a kiedy trochę się uspokoiła zapytałam:
- Rozalie, czy Maya nadal spi?
- Nie – odpowiedziała dziewczyna i nagle zbladła, najwyraźniej o czymś sobie przypominając – Nie spotkałyście jej po drodze ze stajni? – zapytała przestraszona
- Nie, dlaczego?
- Poszła za wami żeby zobaczyć co z tobą i Cav
- I puściłaś ją samą?! – zdenerwowała się Eve
- Miała was dogonić – usprawiedliwiła się
- No cóż… nie możemy tak siedzieć i się kłócić – powiedziałam stanowczo – Trzeba jak najszybciej odnaleźć Mayę
Po tych słowach zerwałam się na równe nogi i wybiegłam z pokoju. Bardzo chciałam odnaleźć Mayę i pozbyć się uporczywego przeczucia, że jest już na to za późno…

wtorek, 18 czerwca 2013

Leonardo

-Tak, nie żyje.- wydusił z siebie anioł.
-Rozumiem.- odparłem wracając do pracy.
-Leo... Przykro mi...- zaczął kładąc mi rękę na ramieniu.
-Nie potrzebnie.- ściąłem ostro. -Nie potrzebuje współczucia. Idź do reszty i nie czekajcie na mnie. -odparłem już bez żadnych emocji.
-Dobrze...- mruknął cicho gołąb po dłuższym namyśle, po czym wyszedł.
Zostawiając mnie samego zrobił najlepszą rzecz jaką mógł zrobić w zaistniałej sytuacji.
Stałem w bezruchu wpatrując się w kałużę krwi, którą właśnie miałem posprzątać. Cisnąłem w nią szmatę i mając wszystko gdzieś, po prostu wyszedłem. Teraz nic się już nie liczyło. Została tylko prośba Pana, wspomnienia i niewiadoma przyszłość. Nic więcej.
Po kryjomu zakradłem się do pokoju aby zabrać broń, po czym niezauważony opuściłem szkołę. Korzystając z jednego z otwartych przejść w barierze opuściłem teren szkolny. Musiałem wszystko przemyśleć. Potrzebowałem czasu dla siebie. Przed innymi ukrywanie emocji było łatwizną ale przed samym sobą nie mogłem tego zrobić, więc udałem się do najbliższego opuszczonego domu.
W domu nie było nic oprócz wielkiej dziury w w suficie i pozostałości po kominku. Usiadłem po turecku na środku największego pomieszczenia, starając się poskładać myśli w jakiś sensowny plan... ale jak się okazało to było niemożliwe. W głowie miałem kompletną pustkę. Nigdy wcześniej coś takiego mi się nie zdarzało.
Wiedziałem, że nie będę umiał się pogodzić z brakiem przyjaciela ale nie wiedziałem, że to może aż tak boleć. Bolała również świadomość, że nie dotrzymałem obietnicy. Miałem przy nim być gdy umierał a ja... po prostu zabijałem wtedy innych. Nie było mnie przy nim gdy najbardziej tego potrzebował.
Niespodziewanie na głowę zaczęły spadać mi krople wody. Spojrzałem na dziurę w dachu i zobaczyłem ciężkie burzowe chmury, z których zaczynał kropić deszcz.
-Jeszcze tego brakowało...- wysyczałem wściekły.- Jak tu do cholery wierzyć w cokolwiek!!!- wrzasnąłem z całych sił, po czym opuściłem głowę, podciągnąłem kolana i oplotłem je rękoma.
"Nie można wierzyć w cokolwiek. Szczególnie nie wolno żywić żadnych nadziei do czegokolwiek. Nie wolno..." pomyślałem. "Nigdy nie wierzyłem, nie wierzę i nie będę wierzył w Boga, nie będę wierzył w przeznaczenie, nie będę wierzył w szczęście ani w pecha, nie ma na świecie szczęścia. Na świecie nie ma po prostu nic. Świat jest stworzony jako jałowa planeta dla różnych durni, jako pole bitewne. Nie ma w niej miejsca dla "podróbek" jakiejkolwiek rasy. Nie ma po prostu nic." stwierdziłem.
Po raz pierwszy, sam z siebie zachciałem płakać ale nie umiałem, chciałem z całej siły w coś przyłożyć ale nie miałem na to energii, chciałem krzyczeć z całej siły ale nie mogłem z siebie wydusić żadnego dźwięku. Chciałem obedrzeć ze skóry całą Radę ale wiedziałem, że nie jestem w stanie.
"Więc...to to uczucie ludzie nazywają bezsilnością." wywnioskowałem."Nieciekawie. Nieprzyjemnie. Niepodobne do mnie."
Poderwałem się z ziemi i szybkim krokiem opuściłem rozsypujący się dom. Jak się okazało było już późno w nocy. Doszedłem również do wniosku, że mam dwa wyjścia: albo pójdę walczyć i mi nieco ulży, albo odejdę walcząc z przytłaczającą świadomością. Musiałem wybrać pierwszą opcję ze względu na Mayę. Rafaelowi bardzo na niej zależało, więc nie chciałem aby to o co tak ostatnio walczył, po prostu przestało istnieć, no i musiałem odreagować... Musiałem również pochować przyjaciela. Potem coś bym wymyślił.
Teraz nic mnie nie powstrzymywało. Mogłem używać swojej broni i mocy bez jakiejkolwiek obawy ze strony Rady. Teraz już mogli wiedzieć. Musiałem spróbować zabić jedną osobę. Jedną jedyną osobę, nic więcej. Wiedziałem, że mi się nie uda ale musiałem chociaż spróbować.
Czułem tylko gniew i obojętność. Obiecałem sobie też, że nie odezwę się słowem do nikogo.

niedziela, 2 czerwca 2013

Cavaliada - event

Rafaell nie żyje. Ta wiadomość mnie dobiła. Mam ochotę schować się gdzieś i nie wychodzić. Ale nie mogę. Muszę wykonać moją misję i poskromić dzikiego konia Światła. Ro została w pokoju pilnują ogólnego porządku, ja ruszam do stajni. Przychodzę tu kilka razy dziennie. Chciałam przyzwyczaić Light do mojej obecności. Dzisiaj już mam dość. Muszę się zabrać do roboty. Ale najpierw... Złapać tego przeklętego konia. Stoję na samym środku pastwiska Light. Patrzę jej się prosto w oczy, nie mrugając. A potem... Wyciągam zza pleców lonżę. Rzucam nią w kierunku konia. Poganiam ją do galopu, cwału. Na koniec zaganiam do maleńkiej zagrody. Czy się boję? Nie. Jestem przerażona. Przecież to zwierzę ma 3 metry! Głęboki wdech i wydech. Klacz stoi spokojnie, ale nie daję się jej zwieść. W jej oczach błyskają szatańskie iskierki.
- To koniec wolności, kochana. Teraz się tobą zajmę. - szepczę.
Biegnę do siodlarni. Biorę ogłowie i bat. Na siodło jeszcze zbyt szybko. Po chwili stoję już obok Light. Nie czyszczę jej. To nie ma sensu. Nie mogę marnować energii. Muszę być pełna sił. I potrzebuję pomocy... Na jednej z belek zobaczyłam maleńką myszkę...
- Kiff! Mam prośbę. Czy możesz iść po kogokolwiek? Inez, albo Alexa? Proszę! - wołam.
Moja myszka kiwa głową i biegnie. Sama nie założę Light ogłowia, a tym bardziej nie utrzymam jej na lonży! Wyciągam z kieszeni kilka muszelek, a z ziemi podnoszę metalowy pręt. Konie żywiołów nienawidzą metalu. Chcę to wykorzystać. Muszle rozgniatam na pył i dolewam do nich wody oraz niebieskiej farbki. Nakładam trochę mikstury na palce. Na jednej z nóg klaczy rysuję koło. Brzmi, jak magia. Bo to jest magia.
- W czym mam Ci pomóc? - słyszę.
Za mną stoi Inez.
- No to teraz się zacznie. – mówię, podając przyjaciółce ogłowie. - Musimy jej to założyć.

- Długo będziemy ją jeszcze lonżować? - pyta Inez.
Zastanawiam się. To już w sumie 2 godzina, a klacz ma nadal pełno energii.
- Już koniec. Teraz na nią wsiądę. - mówię.
Nie mam pojęcia co mi strzeliło do łba. Jestem chyba nienormalna... Ale nie ma odwrotu. Zatrzymujemy klacz. Podchodzę bez wahania do niej. W ręce trzymam metalowy pręt. Light jest wysoka. Piekielnie wysoka. Inez podrzuca mnie, a ja ląduję na grzbiecie konia. Bez siodła. Na dzikiej klaczy, mającej 3 metry wzrostu. Zwariowałam. Zataczam palcami małe kręgi na szyi konia. Inez nadal ją trzyma. Jestem zdenerwowana, ale próbuję się rozluźnić. Bez powodzenia... Pochylam się powoli i zawiązuję na grzywie klaczy supły. Najpierw trzy, potem siedem. Nie wiem czy to działa. Mam taką nadzieję. Biorę wodzę do ręki.
- Możesz ją puścić. - gdy tylko to powiedziałam, zrozumiałam jak wielkim to było błędem. Light ruszyła cwałem. Jestem przerażona, a zarazem zachwycona. Boję się piekielnie, ale czuję, że żyję. Jeżeli ona będzie biegła takim tempem, to wygramy. I właśnie w takich momentach musi się coś spieprzyć. Jedyne co pamiętam to długi lot i bolesny upadek na piasek. Potem chyba zemdlałam.

sobota, 1 czerwca 2013

Alexander

Kiedy się obudziłem od razu wiedziałem, że cos jest nie tak. Po pierwsze nigdzie nie widziałem Leo. Podejrzewałem jednak, że łowca po prostu załatwia tylu członków Rady ilu zdoła. Jednakże oprócz tego zaniepokoiła mnie inna sprawa. Mianowicie z kuchni dochodziły mnie podniesione głosy.
Wstałem szybko i dyskretnie podszedłem do drzwi.
Zobaczyłem Inez i jakiegoś nieznajomego faceta, który w tej chwili wyglądał na nieźle wkurzonego. Pomiatał moją Panią tak, że już chciałem tam wejść i doprowadzić go do porządku. Nie zrobiłem tego jednak bo Inez dawała sobie z nim radę, a poza tym zauważyłem, że w ramionach faceta śpi Maya. Postanowiłem poczekać aż mężczyzna naprawdę przekroczy granice, a na razie jeszcze bardziej przybliżyłem się do drzwi żeby posłuchać o co chodzi….
- To jaki ma Pan plan? – zapytała spokojnie Inez - I mogę wiedzieć jak ma pan chociaż na imię?
- Możesz mi mówić Pierwszy. A Radę zostaw mi. Całą. Bez wyjątków – zapewnił
Nie bardzo wierzyłem, że sam da radę. Inez chyba była tego samego zdania.
- Ale... Naprawdę? - zdziwiła się
- Pilnuj tylko przyjaciół – powiedział sucho - I nie zmuszaj mnie więcej do pierwszych tonu głosu naszej rozmowy.
- Och, przepraszam
- Pamiętasz wczorajszą istotę, której trzasnęłaś drzwiami przed nosem? – zapytał niespodzianie
- Przepraszam po prostu nigdy nie spotkałam takiego stworzenia – wytłumaczyła Inez
- Wiem. Niech Maya ci wyjaśni tylko jakie "takie stworzenie" możesz wpuścić do mieszkania – poinstruował
- Oczywiście – przytaknęła, wstając
Wzięła Mayę od mężczyzny po czym wyszła z kuchni. Mało brakowało a by na mnie wpadła.
- Alex! – zawołała zaskoczona – Co ty tu…? Słyszałeś rozmowę?
- Nie całą – odpowiedziałem cicho – Spokojnie. Nie krzycz Inez. Chodźmy położyć Mayę do łóżka, a potem porozmawiamy
- W porządku – zgodziła się 
Zanieśliśmy Mayę do pokoju i położyliśmy do łóżka. Dziewczynka spała czujnie i kiedy Inez ją kładła przebudziła się i zaczęła płakać. Nie wiedziałem co jej jest, ale było mi jej bardzo żal. Położyłem malej rękę na czole po czym użyłem mocy. Maya najpierw się uspokoiła, a zaraz potem powieki jej zadrgały i główka opadła na poduszkę.
- Będzie mocno spała przez parę godzin – powiedziałem, widząc pytające spojrzenie przyjaciółki
- Dobrze – odetchnęła z ulgą – Potrzebuje odpoczynku po tym co się stało…
- A co się stało? – przerwałem jej
- Ach, przecież ty nie wiesz…-zreflektowała się, a w jej oczach pojawiły się łzy
- Inez powiedz o co chodzi? – zapytałem zaniepokojony
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i wydusiła z siebie:
– Rafaell nie żyje, a Maya była przy nim w chwili śmierci 
- Co?! – zawołałem zszokowany
- Ćśśś – Inez położyła mi dłoń na ramieniu – Bo obudzisz Mayę
- Przepraszam, ale…ehh..opowiedz mi wszystko dokładniej - wyjąkałem
Inez streściła mi wszystko co się działo tej nocy. Kiedy skończyła rozpłakała się z bezsilności i żalu. Bez namysłu przytuliłem ją mocno do siebie i pogłaskałem czule po włosach.
- Będzie dobrze. Zobaczysz – szepnąłem uspokajająco
- Najgorsze, że jeszcze Leo nic o nie wie – wyszlochała wtulona we mnie – Nie wiem jak ja mu to powiem…
- Nie powiesz – przerwałem jej – Zostaniesz z Mayą i resztą w pokoju. Ja do niego pójdę – postanowiłem
- Dobrze – szepnęła
Zanim jednak wyszedłem upewniłem się, że Mayi nie dręczą koszmary, a Inez już się w miarę uspokoiła. Powiadomiłem też Ro i Cavaliadę o tym co się stało. Dziewczyny obiecały, że póki nie wrócę będą miały oko na wszystko wiec uspokojony opuściłem pokój.
Idąc rozmyślałem o wszystkim co się stało. Wiedziałem, że teraz zarówno Inez jak i Maya będą potrzebowały mojego wsparcia i nie zamierzałem ich zawieść. Chciałem jak najszybciej znaleźć Leo żeby przekazać mu wiadomość i wrócić do dziewczyn.
Dotarłem do miejsca potyczek łowcy z członkami Rady. Leo właśnie zajmował się ukrywaniem ciał i zacieraniem swoich śladów. Podszedłem i zacząłem mu pomagać.
- Widzę, że nieźle Ci idzie – zagadnąłem
- Można tak powiedzieć – mruknął – Ale oni się mnożą i to w zastraszającym tempie. A co w pokoju? 
Wiedziałem, że nie pyta o to czy nas znaleźli.
- Źle – odparłem krótko bo wiedziałem, że chłopak nie lubi owijania w bawełnę
Leo zamarł na chwilę, a potem posłał mi pytające spojrzenie
- Czy on…? - zaczął
- Tak, nie żyje – wydusiłem z ciężkim sercem